środa, 26 stycznia 2011

Szutry w Parku Huascaran.


Następny nasz przystanek to Huanchaco (koło Trujillo), kolejna plaża. Tym razem bardziej turystyczna. Na trasie mieliśmy nie miłą przygodę ze skorumpowaną policją, -60 soli (ok.60zł) za brak ubezpieczenia którego nie musimy mieć i nie możemy kupić :/  Wolf miał rację, trzeba zjeżdżać z Panamericany. Tak zrobimy.
W tym czasie zatrzymaliśmy się w Huanchaco. Pełno ludzi, sprzedawców pamiątek i różnych innych, charakterystycznych dla tego typu miejsc. 
Zbiegiem okoliczności, ale z racji tego, że zatrzymaliśmy się w tym samym hostelu co Turcy, szybko poznaliśmy się z nowojorską D'Jką. Zostaliśmy zaproszeni na prywatną imprezę, w klubie przy plaży. Z grzeczności nie odmówiliśmy ;) Zaliczyliśmy dobry balet. Tańce, adaptery i widok na Ocean. 
Zregenerowani wyruszyliśmy w kierunku Chimbote a po drodze zajechaliśmy do ruin Chan Chan. 
Przed samym Chimbote zjechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Huascaran. To była świetna decyzja, po około 40 kilometrach skończył się asfalt, a rozpoczął nasz pierwszy, prawdziwy szutr. Aventura! Tylko góry, d'je-kosmici i my. Widoki księżycowe. Surowo. 

Od Park Narodowy Huascaran

Po przejechaniu na drugą stronę gór, krajobraz bardziej się ocieplił, wyszło słońce, a skały nabrały odcienia rdzawo-rudego. Trasa wiedzie przez kilka malowniczych tuneli, kilka opustoszałych wiosek, odkrywkowej kopalni węgla, elektrownię wodną i kilka innych niezwykłych miejsc. 


Od Park Narodowy Huascaran

Do pierwszej napotkanej wioski, Huallanca dojechaliśmy długo po zmroku. Położona jest wysoko w górach w bezpośrednim sąsiedztwie Kanionu del Pato. 

Od Park Narodowy Huascaran

Naszych kompanów najwyraźniej przerosła trasa, już w drodze coś marudzili i następnego dnia wyruszyliśmy sami :)
Średnia prędkość 20 km/h, droga momentami nie szersza niż 3 metry, telepało jak cholera ale warto.
Od Park Narodowy Huascaran
Kanion przepiękny!

Od Park Narodowy Huascaran

Następna noc już w mieście Huaraz. Cywilizacja. Miły hostel, ładny pokój, a w nocy wybudziła nas kłótnia hiszpańskich kochanków rodem z latynoskiej telenoweli :)
Przy śniadaniu  dowiedzieliśmy się o możliwości kempowania przy jeziorze Llanganuca. Musimy tam pojechać. Szybkie pakowanie, prowiant kupiony, jedziemy. 
Około 60 km w błocie, po dziurach i pod góre pokonaliśmy w ponad 3 godziny. Odległość najmniejsza, a jak dotychczas, to największy nasz wysiłek.Od początku łatwo nie było, pierwsze wzniesienie i klin - przypaliło się conieco Dotce. Później było coraz lepiej. W wiosce indiańskiej dzieciaki waliły z niedowierzaniem w lampę motoru widząc światło. Czas się tutaj zatrzymał.
Przy wjeździe do parku spotkała nas miła niespodzianka. Strażnik zaproponował żebyśmy nie kupowali drogich biletów (65 zl/os.) i zanocowali za darmo przy ich stróżówce z bieżącą wodą i sanitariatem. Dla nas ok. Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Ale tej nocy nie pospaliśmy zbyt długo. Choroba wysokościowa dała się ostro we znaki. Za szybko wjechaliśmy. Przeszliśmy chyba wszystkie klasyczne objawy od bólu głowy, osłabienie, niemożność wzięcia oddechu po wymioty, problemy żołądkowe i inne gorsze. Tacy z nas twardziele skauci! Pierwszy nocleg powyżej 3900m n.p.m. to dla nas jeszcze za dużo. 
Jak tylko odzyskaliśmy zdrowie pojechaliśmy zobaczyć Laguny. 

Od Llanganuca

Po raz pierwszy spróbowaliśmy "mate koka" czyli naparu z liści koki o działaniu podobnym do kawy.
Z informacji od miejscowych Indian dowiedzieliśmy się, że "Na terenie Parku występują głównie luźne zbiorowiska trawiaste z pojedynczymi osobnikami Puya raimondii i Polylepis a faunę reprezentują wigonie, alpaki i szynszyle oraz kondor wielki i kondor królewski" i inne ciekawostki, których "na pewno" nie przeczytacie w Wikipedii :)
Od Llanganuca

Kemp udany, urocze miejsce. Cisza i spokój. Wróciliśmy szczęśliwi do Huaraz. W mieście właściwie nie ma turystów. Centru, bogate jest w podstawowe serwisy, sklepy i agencje. Tak też lubimy. Miasteczko z klimatem. Wspaniałe śniadania w kafejce u babci i wnuczki :)

Od Huaraz

Od Huaraz

My się jednak wspinać jeszcze nie będziemy, marzy nam się Amazonia. Tutaj dla nas za zimno. 
Od jakiegoś czasu wypytywaliśmy o możliwości dostania się do Boliwii przez Brazylię. Z miasta Pucallpa jest opcja bark, rzeką do drogi BR364 w Brazylii. Jednak za względu na porę deszczową do kwietnia jest to nie możliwe. Asfaltu brak, a błoto niedopokonania nawet dla ciężarówek. Trasa wydaje się być bardzo ciekawa w porze suchej. Wpisujemy ją na naszą listę "do przejechania". Musi poczekać, a szkoda bo cieszyliśmy się na tą myśl. 
Póki co jesteśmy w drodze do Cusco.  
  
Park Narodowy Huascaran

Llanganuca

niedziela, 16 stycznia 2011

Pero Peru...

W strugach deszczu jechaliśmy przez góry. Przestało padać dopiero w naszym docelowym punkcie, Banos. Tam zatrzymaliśmy się na noc. Miasteczko słynie z gorących źródeł. Woda jest podgrzewana przez wciąż aktywny wulkan. A zaraz przy źródłach znajduje się kilkudziesięciometrowy wodospad. Wybraliśmy się na wieczorną sesję (od 18 do 22), do dyspozycji są trzy baseny z różną temperaturą wody. W najgorętszym (około 45 stopni) wytrzymaliśmy dwa razy po 15 minut od razu chłodząc się w lodowatej wodzie z  wodospadu. Pełen relaks, super! Po drodze do hotelu spotkaliśmy parę z Turcji, którą poznaliśmy się wcześniej w Quito. Był z nimi Wolf, pięćdziesięciopięcio letni Niemiec który samotnie podróżuje Hondą Africatwin z Patagoni do Kolumbi. Przy kawie, Wolf doradzał które wybrać przejście graniczne z Peru oraz opowiadał swoje perypetie ze skorumpowaną, jak twierdzi, peruwiańską policją. Faktem jest, że nie zna ani słowa hiszpańskiego i domyślamy się, że to było główną przyczyną jego kosztownych zatrzymań. Jednak radę o wyborze granicy wzięliśmy do siebie, a sami Ekwadorczycy potwierdzają, że najczęściej wybierane przejście - panamericaną jest niebezpieczne. My zdecydowaliśmy się na Macara. Jest jeszcze jedna, trzecia opcja przez La Chonta, jednak trasa jest ciężka (błotnista droga) i trzeba poświęcić na nią więcej czasu.

Od Ekwador w drodze
Od Ekwador w drodze


Z Banos udaliśmy się do najpiękniejszego miasta Ekwadoru (w broszurce tak było napisane), Cuenca.
I znowu po drodze nieprzerwanie padał deszcz. Dodatkowo większość trasy pokonaliśmy w chmurach więc widoczność była mocno ograniczona. Chociaż trasa nazywana jest kręgosłupem wulkanów, przez zachmurzone niebo nie widzieliśmy ani jednego :(

Od Ekwador w drodze

Po dotarciu do Cuenca, zjedliśmy przepyszną pizzę (Ninio Pizza). Pełne brzuchy i od razu humory wróciły.
Mając w pamięci naszą ostatnią przygodę z Quito, rano wybraliśmy się na spacer po centrum, bez lustrzanki. Co do miasta wrażenia mamy mieszane. Z jednej strony Cuenca wygląda jak nie jedno europejskie miasto, z drugiej strony to Ameryka Południowa i brak tu klimatu, ludzie dziwni, mało sympatyczni, bez uśmiechów chodzą od sklepu do sklepu. Architektura ładna ale Cuenca nas nie zachwyciła.
Nazajutrz w motorze wymieniliśmy tylną oponę na terenową, to w ramach przygotowań przed Peru i Boliwią, zdecydowanie podążyliśmy w stronę granicy. Na noc zatrzymaliśmy się w miasteczku Lojo, zdjęć nawet nie robiliśmy, nie było po czemu. Dodatkowo okazało się, że zostawiliśmy nasz jedyny telefon-budzik w pokoju , w Cuenca. Nie piszcie smsów na żaden numer bo i tak nie możemy ich odczytać (do odwołania).
Oj nie mamy szczęścia do Ekwadoru.
Podsumowując krótko, jesteśmy tym krajem mocno rozczarowani.
Po śniadaniu, wyjechaliśmy w kierunku Peru. Na granicy, celnicy i policjanci radzili aby lepiej nie zatrzymywać się po drodze w wioskach i szybko dojechać do Piura, jednocześnie gwarantowali, że droga jest całkowicie bezpieczna i dobra.
Spotkaliśmy również znajomych Turków i razem ruszyliśmy w drogę.
Od Ekwador w drodze

Trasa była faktycznie ładna i z nowym asfaltem. Jedyne niebezpieczeństwo na drodze, to wyskakujące co chwila przed motocykl kozy! A i nie jedna świnia przebiegła nam przed kołami :)
Krajobraz jak w Egipcie. Po horyzont pustynia, wreszcie ciepło, a wioski to lepianki i chatki z patyków.
Od Peru w drodze

Po dwóch i pól godziny wjechaliśmy do Piura, zasady ruchu drogowego iście meksykańskie, np: ze skrajnie lewego pasa skręcanie w prawo, ciągłe trąbienie i sygnalizowanie skrętu wystającą zaa szyby ręką. Bez problemu znaleźliśmy tani pokój, jak się później okazało z niespodzianką! Łóżko, a konkretnie materac był od nowości nierozpakowany z plastiku, jedynie przykryty pościelą, to samo dotyczyło poduszek :) Marzenie o zostaniu na noc w sklepie meblowym spełnione.
Przy okazji dodamy, że w większość "nowych" samochodów, które mijamy ma fotele owinięte nadal w folie a w hotelach piloty są zapakowane w plastikowe ochraniacze:) Także plastikowe zwyczaje tutaj wciąż żywe! Z resztą nie tylko w Peru. Jeszcze w Ekwadorze widzieliśmy restauracje z nigdy nierozpakowanymi krzesłami, a foliowe kanapy w holach hotelowych to standardowy widok w Kolumbi czy nawet na Południu Meksyku.

Jak wspomnieliśmy jest wreszcie ciepło a co za tym idzie, widoczne uśmiechy na twarzach przechodniów, pełno ludzi spacerujących do późna w nocy w parkach, sklepach i po ulicach. Nawet menu w lokalnych restauracjach bogatsze. Jednym słowem pierwsze wrażenia z Peru pozytywne.
Od granicy poruszamy się w czwórkę czyli z Emrah i Sheniz.

Foto: Emrah

Nasz kwartet jest niemałą atrakcją dla wszystkich ale nie ma się czemu dziwić skoro nasi towarzysze oprócz dwóch imponujących maszyn obładowanych różnymi kuframi na kaskach mają zamocowane aparaty fotograficzne. Istne U.F.O.

Od Peru w drodze


Od Peru w drodze

Pojechaliśmy do Plimentel, zobaczyć jak wygląda Ocean z perspektywy południowo amerykańskiej.


Od Pimentel

Od Pimentel

Plaże szerokie, niewielu turystów a i tak ruch na nich duży. Nam udało się natrafić na targ rybny. Ryby są sprzedawane prosto z tradycyjnych trzcinowych łódek. Niestety nic nie kupiliśmy bo w naszym hotelu nie mieliśmy kuchni ale za to, w ramach rekompensaty poszliśmy na smażone krewetki do przybrzeżnej restauracji.

Cuenca
Ekwador w drodze
Banos
Peru w drodze
Pimentel


piątek, 7 stycznia 2011

Pierwsze kroki w Ekwadorze i Quito do Kitu...

Zaraz za granicą tankowanie i miła niespodzianka. Za galon benzyny (prawie 4 litry) zapłaciliśmy 1,50 U$D. W strugach deszczu, przemoknięci i głodni dojechaliśmy do Otavalo. Nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy najpierw coś zjeść zanim rozpoczniemy poszukiwania noclegu. Lokalna restauracja, wchodzimy, wybór niewielki, wybieramy "papi pollo" czyli porcję kurczaka z frytkami. Gdy posiłek trafił na stół, naszym oczom ukazał się koszmarek kulinarny czyli upierzone (od pierza!) i zeschnięte skrzydełka kurczaka otoczone przez mokre od oleju frytki. Cena była niska więc nie śmialiśmy protestować. Przy regulowaniu rachunku, panie podliczyły nas jak gringo. Co to, to nie! Chwila nieprzyjemnej dyskusji i po opłaceniu właściwej kwoty, zdegustowani wychodzimy. Na szczęście znaleźliśmy miły hostel prowadzony przez Amerykanina z USA, który mieszka tu od 12 lat.

Od Otavalo

Otovalo słynie z największego w Ameryce Południowej indiańskiego targu pod gołym niebem, niestety dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że największe atrakcje są w sobotę, kiedy to oprócz tradycyjnych wyrobów sprzedaje się również zwierzęta. Przez cały tydzień na targu można kupić za to wszelkie rękodzieła, wyplatane tkaniny, meble, biżuterię, dywany ze skóry i inne przedmioty.

Od Otavalo

Każda pobliska wioska specjalizuje się w innym wyrobie, którego tradycja sięga już od wieków. Sami zakupiliśmy dwa ręcznie plecione hamaki, a dla Dotki bransoletkę. Miasteczko niewielkie, czyste i całkiem przyjemne, a Indianie stołują się w znajdujących się na każdym kroku chińskich restauracjach :)
Na drugi dzień zanim wyruszyliśmy do stolicy, powtórka z rozrywki. Czyli motor początkowo nie chciał odpalić i udało się dopiero z pychu. Oj zajmiemy się tym w Quito. Po drodze pierwszy raz przekroczyliśmy równik. Niby nic a cieszy.

Od Quito

Na peryferiach miasta zajechaliśmy do serwisu BMW. Opisaliśmy poranne historie z odpalaniem, mechanik nie potrafił zdiagnozować problemu. Więc za niego zadecydowaliśmy, że wymienimy świece. Uparł się aby zostawić motocykl na noc, jednak najpierw chcieliśmy znaleźć nocleg i wrócić bez bagaży.
Quito to druga pod względem wysokości położona stolica na Świecie (prawie 2800m n.p.m). W drodze do centrum było zimno i nieprzerwanie padał deszcz. Na skrzyżowaniu przejeżdża obok nas policja na motorze, jeden z policjantów macha ręką abyśmy za nim pojechali. Po chwili zatrzymuje się na poboczu więc my za nim. Policjanci zaczęli tłumaczyć, że istnieje ograniczenie ruchu w mieście i w określone dni mogą poruszać się tylko pojazdy z konkretnym numerem na końcu rejestracji. Dla przykładu nasza rejestracja kończy się na 4 i możemy się poruszać jedynie w środę. A, że dzisiaj wtorek chcieli nas zholować na parking policyjny. Przyjęliśmy taktykę: strugamy bażanta. Nagle zapomnieliśmy języka hiszpańskiego a i po angielsku ni w ząb. Jedyne o co ich w kółko wypytywaliśmy to czy to już centrum? I pod nos podtykaliśmy kartkę z wypisanymi adresami hosteli. Zadziałało! Policjanci zaproponowali, że pomogą nam odnaleźć hostel. W asyście policjantów zajechaliśmy pod właściwy adres, przynajmniej się nie gubiliśmy.
Zakaz to zakaz, do mechanika będziemy mogli pojechać rano. Wieczorem przeszperaliśmy wszystkie fora w internecie i eksperci radzili wymienić świece i filtr powietrza. Następnego dnia wizyta w salonie BMW trwała ponad 5 godzin ale przy okazji mechanik wyczyścił gaźnik i naciągnął łańcuch. Strzał w dziesiątkę, motor pali bez zarzutu.

Od Quito

W hostelu przy śniadaniu poznaliśmy zakręconą parę DJ'ów z Turcji Emrah i Sheniz, którzy od 6 miesięcy podróżują na dwóch Kawasaki KLR 650 z Kanady i planują dojechać do Patagonii. Szaleni, na bagażnikach instalują miksery i tak serwują muzykę :) dla ciekawskich ich strona: www.burnata.com
Wybraliśmy się na zwiedzanie historycznej części Quito, oprócz ciekawej architektury miasto dla nas mało atrakcyjne, pełno meneli w centrum i śpiących na ulicy bezdomnych.

Od Quito

UWAGA! Poniższy wpis nie jest przeznaczony dla osób o słabych nerwach! I prosimy nie powtarzać naszym Babciom!
Chcieliśmy jeszcze wejść na wzgórze Mirador El Panecillo aby zrobić zdjęcia na panoramę miasta. Oddaliliśmy się od ścisłego centrum Plaza Grande kilka przecznic, kiedy niespodziewanie ktoś pociągnął Rafała za plecak z aparatem. To trzech bandytów, a jeden z nich w ręku trzymał duży, kuchenny nóż. Od razu w krzyk! No!! No!! Policia!!! POLICIA!!! Rafał odruchowo upadł na plecy aby chronić plecak, a jeden ze zbirów złapał Dorotę za ręce. Szok! Co się dzieje?! Nasze krzyki musiały zdezorientować napastnika, który zasłonił nóż aby mieć pewność, że nikogo nie ranił. Użył go jako straszaka. Trwało to chwilę, oboje podczas szarpaniny podświadomie wydzieraliśmy się wniebogłosy! Na ulicy zatrzymała się taksówka, zza rogu wyszli przechodnie. Jeden ze złodziei puścił Dotkę, przywalił Rafałowi z pięści w głowę i wszyscy uciekli. W ciągu sekundy wskoczyliśmy do stojącej taksówki. Na szczęście nic się nie stało i niczego nie ukradli. A głowę Rafko ma twardą i poza niewielkim guzem bez obrażeń. Wróciliśmy w szoku do naszego hostelu i odechciało nam się dalszego zwiedzania miasta. Nie spodziewaliśmy się takiej sytuacji, tym bardziej, że była 12 w południe, a w centrum roi się od policji i wojska. Jednak stolice mogą być niebezpieczne. Od początku naszej podróży nie mieliśmy takiej sytuacji pomimo spędzonych trzech tygodni w Mexico City i pobytu w Ameryce Centralnej. Takiego zdarzenia nie można przewidzieć chociaż jesteśmy czujni. Jutro wyjeżdżamy z Quito, małe miasteczka są bezpieczniejsze.


Otavalo
Quito

czwartek, 6 stycznia 2011

Dzień dobry Ameryko Południowo!

Po wyjściu na ląd wszyscy czuliśmy się jakoś dziwnie, nieswojo. Błędnik wariował, wysyłając sprzeczne sygnały, na lądzie a w głowach wirówka.
Ze wszystkimi z łódki umówiliśmy się na następny dzień na kolację (propozycja na pizzę), po czym wszyscy rozeszliśmy się w inne strony.

Od Cartagena
Po raz pierwszy w tej podróży musieliśmy znaleźć nocleg przemieszczając się taksówką. Większość zajęta albo ceny kosmiczne, straciliśmy prawie 2 godziny i 10 dolarów ale udało nam się wynająć pokój z łazienką, blisko centrum historycznego i ze stałą opłatą mimo zbliżających się Świąt (nasi znajomi ze Szwajcarii musieli płacić podwójną stawkę za dni świąteczne). Jak się później okazało w tym samym Hotelu (Casa de Espania) zatrzymała się para Holendrów (Paula i Paul).

Gdy wyszliśmy na szybkie rozeznanie jadalno-środowiskowe spotkała nas, a w zasadzie Rafała, miła niespodzianka. Zapytane o drogę panie policjantki wyciągnęły z kieszeni aparat i poklei najpierw jedna, później druga zrobiły sobie z nim zdjęcie.

Następnego dnia, z rana zadzwoniliśmy do domu kapitana Marko wypytać o jego przypłynięcie, info o motocyklu itp. Trochę obawialiśmy się, czy aby nasz motocykl dopłynie cały? Na własnej skórze doświadczyliśmy jak bardzo łódka potrafi się przechylić, stąd też nasze obawy. No i co tu dużo gadać motor to komfort i wygoda i miło jest wiedzieć, że w każdej chwili można szybko się przemieścić.

Raz nie było żony kapitana, a to jeszcze nie wiedziała o której dopłynie mąż. Wykonaliśmy, może z 5 telefonów aby finalnie umówić się na ostatni telefon o 22.
Samo dzwonienie w Kolumbii to śmieszna rzecz, otóż aby zadzwonić na komórkę, nie można tak po prostu zadzwonić z telefonu stacjonarnego czy publicznego na kartę. W całym mieście istnieją sprzedawcy minut - pani lub pan ze stoliczkiem, na którym rozłożone są komórki (na sznurkach) z każdej z sieci. Podchodzi się, podaje numer, sprzedawca wykręca, czeka na odebranie i gdy to nastąpi, mówi "momento" i oddaje słuchawkę. Oczywiście jeżeli z pozostałych telefonów korzystają klienci trzeba się przekrzykiwać!
Od telefonu do telefonu przy okazji zwiedzaliśmy najstarszą część Cartageny. Byliśmy w szoku, to jak dotychczas najładniejsze i najciekawsze miasto jakie do tej pory widzieliśmy. Kolonialna zabudowa, parki, place, ludzie wszystko to miało niepowtarzalny klimat i urok. Mnóstwo rzeźb na na ulicach, kawiarenki i piękna pogoda sprawiały, że to miasto zawojowało naszymi sercami. Nic w tym dziwnego, ponieważ nawet w przewodnikach Cartagena opisana jest jako najromantyczniejsze miasto Kolumbii.

Od Cartagena

Od Cartagena

Miasto oczarowało nie tylko nas, zakochało się w nim i zamieszkało wielu Europejczyków, dlatego poszliśmy do prawdziwej włoskiej pizzerii, pycha!!! Wieczór spędziliśmy miło, a szczęścia dopełnił ostatni telefon do Kapitana Marka. Motor jest cały. Ustawiliśmy się na 6.00 o świcie w porcie. Na wspomnianą pizzę mieliśmy się spotkać o siódmej na placu Trinidad. W dzień zaszliśmy tam aby wiedzieć gdzie on jest ale nie zrobił na nas większego wrażenia. Gdy wieczorem przyszliśmy po raz drugi szok, na niewielkim placu przy obdrapanym kościele bawi się kilkadziesiąt dzieci, młodzież się przytula, śmieje, starsi siedzą w koło na ławkach i murkach. Rozmawiają, niektórzy piją piwo, inni coś jedzą. Sielskości i niepowtarzalnej atmosfery tego miejsca nie zakłóca nawet policja, która co chwila przejeżdża się wokół placu. Po chwili jesteśmy już w komplecie, dla wszystkich miłe zaskoczenie bo nasz kapitan Dawid przychodzi ze swoją żoną i trójką dzieci. Kupuje wszystkim piwo, rozmawiamy i po chwili stajemy się częścią tego miejsca. Dowiadujemy się, między innymi, że to najurokliwszy plac w Cartagenie.
Rano wszystko poszło sprawnie, na stacji nawet umyli nam za darmo z soli. Wizyta w urzędzie celnym również nietypowo sympatyczna. Biuro nowoczesne, czyste, jakiego dotychczas nie spotkaliśmy w żadnym z krajów. Jednak trzy godziny musieliśmy odsiedzieć i z pozwoleniem na motor szczęśliwi wróciliśmy do hostelu.
Same Święta to dla nas telefony do rodziny. W ponad 30 stopniowym upale daleko od domu trudno poczuć magię Świąt, z resztą sami Kolumbijczycy nie specjalnie je obchodzą. W Boże Narodzenie otwarta część sklepów, ta część to spożywcze i sklepy elektryczno-hydrauliczne? Nawet kolędy mają mało wspólnego z tymi dniami. Z wyłapanego kontekstu większość z nich o Świętach wspomina tylko przy okazji, typu:"W zeszłym roku w Święta powiedziałem, że Cię kocham. Ooo zeszłe Święta ".
Święta, święta i po świętach.

Od Cartagena

Kolejna, niespotykaną dotychczas rzeczą była dla nas ilość ludzi oferujących narkotyki na ulicy. Wieczorem na każdym kroku dało się słyszeć: "Friend, friend I have everything"(Przyjacielu, przyjacielu mam wszystko) i podnosili koszulki pokazując przyklejone do ciała woreczki z białym proszkiem. Oczywiście Kokaina, w końcu jesteśmy w Kolumbii. Policja tutaj na cały proceder przymyka oko.

Z żalem opuściliśmy Cartagenę. Niestety mamy mało zdjęć, bo ostatniego, fotograficznego dnia lało niemal cały dzień. Miasto jednak nas zachwyciło i warto wrócić tu jeszcze raz.

Czas na nas.Wyjechaliśmy na południe. Po drodze mijaliśmy zalane wioski, drogi i ludzi, którzy zabierali z domu to co ocalało. Katastrofa i ogromna powódź.
Przejechaliśmy około 400km i zanocowaliśmy w miasteczku o zabawnej nazwie Caucasia. Samo miasteczko bez większych emocji gdyby nie to, że podczas naszej tradycyjnej obiadokolacji (zupa, kurczak, ryż, fasola i smażony banan) w restauracji obok hotelu, zza rogu wyszedł koń, przeszedł się koło naszego stolika i udał się w kierunku centrum?!

Po całodziennej jeździe przez góry dojechaliśmy do Medellin. W tym trzecim co do wielkości mieście Kolumbii. Zatrzymaliśmy się jednak tylko na jedną noc, ponieważ centrum oprócz fantastycznych rzeźb przy Centrum Kultury nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia.

Od Medellin

Rano wizyta w serwisie Hondy, bo nie było już prawie oleju w ladze, a czekała nas długa droga przez góry. Mechanicy widząc nas porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i standardowo dotykali każdej części naszego motoru. BMW wszędzie robi wrażenie.

Droga z Medellin wiedzie przez Andy, pełno zakrętów i średnia prędkość to 40km/h.
Noc zatrzymała nas w górskim miasteczku Anserma.

Znalezienie wolnego pokoju to nie była łatwa sprawa. Wszystkie hotele pełne. Jutro Sylwester. Ale w końcu się udało. Ładny hotelik, elegancko, duże łóżko, czyściutko, ciepła woda (co się prawie nie zdarza, bo w większości hoteli jest tylko zimna) i płaski telewizor. Idealnie. Plan mamy taki aby zostać tu do 2 stycznia. Chociaż nie mamy przewodnika, jesteśmy pewni, że w centrum powinna być wielka impreza sylwestrowa, z muzyką i fajerwerkami. Pod wieczór okazuje się, że z wielkiej fiesty nici i że wszyscy spędzają tę noc w wąskim rodzinnym gronie w restauracjach.Kolejny dzień to ponad 400 kilometrowa malownicza doga do Popayan. Andy, Andy i Andy. Wraz ze wzrostem wysokości, spada temperatura. Powoli z naszych ciał ulatnia się ciepełko zebrane od początku podróży. Zaczynamy marznąć, uczucie to potęguje deszcz, który kłuje nas niczym szpilkami.

Od Popayan

W internecie natrafiamy na informacje o karnawale w Pasto (miasteczka położonego niedaleko granicy z Ekwadorem). Szybka decyzja, z rana jedziemy. Wieczorem wyjście na miasto, kilka fotek i rekordowo tania kolacja (4,50 pln za dwudaniowy obiad).
Do pasto mamy 200 km. Dystans niewielki, większość trasy to piękna nawierzchnia, jednak pokonanie jej zabiera nam 5 godzin. Droga przez Andy to przede wszystkim zakręty, serpentyny, zakręty, agrafki, podjazdy i zjazdy czyli wszystko o czym marzy i czego potrzebuje motocyklista:D Dodatkowo widoki zapierające nam dech w piersiach. Są również proste odcinki dla miłośników szybkiej jazdy. Idealna trasa dla każdego motocyklisty. Nic więc dziwnego, że w Kolumbii zaraz po piłce nożnej jazda na motocyklu to sport narodowy! Innych pojazdów niewiele, poza ciężarówkami które z prędkością 20km/h z trudem podjeżdżają pod górę. MP3 podłączone, w uszach wygrywa nam Na Zdrowie, jest Bosko!

Od Kolumbia w drodze

W pewnym momencie pęka nam pas mocujący bagaże, przepalił się od rury :/

Od Kolumbia w drodze

Przymuszona przerwa oprócz odpoczynku dla pośladków dostarcza nam jeszcze nieoczekiwanie zaproszenie Sylwestrowe i darmowy nocleg:D
Podczas załadunku zatrzymał się przy nas motocyklista. Pyta się czy może nam w czymś pomóc. Grzecznie dziękujemy, bo pakowanie motoru to już dla nas pestka. Przybysz nie odpuszcza. 100 pytań do... A skąd? A dokąd? Co robimy? Jakie plany?
Czy do Pasto? Mówimy, że tak. A może zechcecie zostać u mnie? Spędzimy Sylwka i karnawał razem, mam zdjęcia z tego wydarzenia, zobaczycie. Na imię mam Sebastian, lat 24, pracuje w akademickiej gazecie i właśnie wracam z 2 tygodniowej podróży po Wenezueli.
Chwila konsternacji, patrzymy się wymownie na siebie.
Dotka: Dziękujemy, pewnie! Rock'n Roll. Jedziemy!
OK. Tylko zadzwonię i uprzedzę pozostałych. " Nie wracam sam, przyjedziemy w trójkę, jadę z Polakami!!!". Jedzcie za mną. No to jedziemy :)

Od Kolumbia w drodze

Po drodze, w wiosce, na chwile zatrzymuje nas przedsmak karnawałowy. Kolorowe platformy, muzyka i tańce.
Dwie godziny później docieramy do jego domu. W drzwiach witają nas rodzice i sąsiedzi. Bardzo ciepłe przywitanie. Ciekawi wszystkiego. Motor robi furorę bo ledwo mieści się w pokoju obok Hondy 125 Sebastiana. Obiad już czeka na stole, porcje niedoprzejedzenia: zupa z wkładką, makaron, ryż, surówka, mięso z byka. Sok ze świeżych malin. Ale przyjęcie!
Wypytują o wszystko. Ochy i achy. Rozmowy tylko po hiszpańsku. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak dobrze poznaliśmy już ten język. Ciekawi Europy, zwyczajów, wszystkiego. Nie ma kiedy odpocząć.
Chcemy kupić nowe pasy i poszukać interkomu (od Hondurasu nie rozmawiamy ze sobą, bo przy niegroźnym upadku zerwał nam się kabelek), podobno jest tutaj do kupienia. Ruszamy na miasto. Pasów nie udało nam się kupić, ale mamy za to interkom. Znowu będziemy w kontakcie.
W supermarkecie nabywamy małą butelkę Narino (nazwa regionu w którym jesteśmy), lokalnego alkoholu, który zachwala Sebastian.
Niedaleko w barze czeka na nas dziewczyna Sebastiana Maria Fernanda z koleżanką. Pijemy grzaniec z tropikalnych owoców. Działa. Rozgrzewa. Zmieniamy miejsce. Znajoma zaprasza nas do siebie do mieszkania. Tam też otwieramy Narinio. Jest to anyżówka, której smak doskonale pamiętamy z Grecji. Czas szybko leci. Jest już 22. Za 2 godziny Nowy Rok. Trzeba wrócić do domu, zjeść kolację i przygotować się na wyjście, a tak przynajmniej się nam wydawało. Jak się później okazało ten czas spędza się w rodzinnym, wąskim gronie. W domu naszego gospodarza noc jak codzień. Mama robi pranie za pięć dwunasta, tata leży w pidżamie przed telewizorem. Niezły schiz jak dla nas. Jesteśmy w Kolumbii i spędzamy tradycyjnego kolumbijskiego Sylwka.

Od Pasto

Chwile przed 24 wychodzimy na zewnątrz. Na ulicach leżą kukły, wypchane trocinami i papierem. Rozcinają im ubrania, wpychają petardy, oblewają obficie benzyną i o 24 wielkie odpalenie. Zewsząd słychać wybuchy i wystrzały. Na ulicach płoną stosy. Znowu podlewają benzyną. A gdy płomienie wzrastają, dorzucają kolejne petardy. Nie wiadomo kiedy wybuchnie i w którą stronę. Wszyscy sąsiedzi składają sobie życzenia.
"Feliz Nueve". Częstują kieliszeczkiem rumu i o godzinie 1.30 wracają do domu spać.

Od Pasto

Rano śniadanie i czas na odpoczynek po pięciodniowej jeździe na motocyklu. Po południu poszliśmy na spacer po Pasto i z okazji Nowego Roku zjedliśmy rozsławione lody z żółtym serem.

Od Pasto

Nazajutrz z samego rana rozpoczął się karnawał "Blanco y Negro" Pochodzenie tego święta sięga czasów konkwistadorów. Na początku nowego roku, niewolnicy mieli dzień wolny od pracy i mogli świętować. Obecnie symbolizuje równość wszystkich ludzi i ras.
Obejrzeliśmy paradę regionów i prowincji, kolorowe platformy, muzyka, pełno kolorów i szczerej zabawy. Wszyscy byli posypywani białym proszkiem i oblewani pianką.

Od Pasto

Po południu nie chcąc nadwyrężać gościnności, pożegnaliśmy się miło z Sebastianem i jego rodzicami. Dziękujemy za wspaniałą gościnę!!!

Od Pasto

Było jednak już za późno aby przekraczać granicę więc zatrzymaliśmy się w Ipales. Pojechaliśmy tylko obejrzeć słynny Kościół nad rzeką. Niesamowite wrażenie, zdjęcia zrobione.

Od Pasto

W samym Ipales również karnawał, wszyscy wymalowani a w centrum koncert reggae. Nam jednak wystarczyło wrażeń i poszliśmy wcześnie spać aby wypoczęci wjechać do Ekwadoru. Rano spakowani, wsiadamy na motor, odpalamy a tu klapa. Maszyna nie pali. Całą noc padał na niego deszcz i pewnie coś zamokło. Na parkingu spotykamy parę Szwajcarów, którzy od 2,5 roku cieszą się swoją emeryturą, podróżując specjalnie przygotowaną ciężarówką po Ameryce Południowej. Mają tam sypialnię, kuchnię i łazienkę, jednym słowem mały dom, a z tyłu doczepiony taki sam jak nasz motocykl. Szwajcar pomaga nam wypchać motor z parkingu i po zjeździe z kilometrowej górki odpala. Uff. Na granicy bez przeszkód i sprawnie wjeżdżamy do Ekwadoru. Info: nie mamy zasięgu w komórkach.


Cartagena
Medellin
Kolumbia w drodze
Popayan
Pasto