sobota, 30 października 2010

Palenque

Jad okazał się być sympatycznym Libańczykiem, który prowadzi razem z braćmi sklep z oświetleniem w miasteczku Chetumal. Miasteczko bez rewelacji, bardzo spokojne i jednolite, poza libańską restauracją i poznanymi ludźmi niczym nie zachwyca.

Dzięki nim dowiedzieliśmy się o miasteczku Palanque, oddalonym o 500 km od Chatemul. Po namyśle zdecydowaliśmy się na wybranie tej opcji podjechania pod Gwatemalę. Dodatkowo na decyzję wpłyną fakt, że przy wyjeździe z Beliz trzeba zapłacić 40 U$D.
Po drodze emocje zapewniła nam meksykańska armia, która zrobiła nam dokładną rewizję wszystkich bagaży w poszukiwaniu narkotyków. Łącznie z zapakowaniem toreb zajęło nam to godzinę. Głupcy nic nie znaleźli, tak schowaliśmy te 3 kilo w brudnej bieliźnie!
Kolejna atrakcja to Laguna 7 kolorów (zdjęcia w galerii).


Od Palenqe


W Palenque trafiliśmy do schizowej chatki do której wchodzi się po drzewie. Chatka, mała ale przytulna z palmowym dachem i małymi drzwiczkami. Maya Bell Hotel w zasadzie nie jest hotelem, a kompleksem domków, miejsc na namioty i hamaki, porozrzucanych po dżungli. Jest nawet basen. Cała ta przyjemność kosztuje nas 120 peso doba za domek, a ceny żywności są tutaj najniższe w całym Meksyku :) Okno wychodzi nam na hotelową restaurację w której codziennie jest grana lokalna muzyka na żywo.


Dzisiaj byliśmy na spacerze po ruinach w dżungli. Wspaniałe ruiny pośród tropikalnej flory. Warto odwiedzić.

Dużo wilgoci ale o dziwo komarów brak!

Od Palenqe




Jutro żegnamy Palenque i dzięki CS w San Cristobal de las Casas spotkamy się z Adrianną. Mamy ochotę zostać tam do Halloween, które jest jednym z najważniejszych świąt w Meksyku. Jedno jest pewne to jest ostatnie miejsce jakie odwiedzimy w Meksyku.
Na liczniku przeszło już 3000 km i nie możemy doczekać się następnych.

Palenqe

wtorek, 26 października 2010

Lues Blues

Informacyjnie:
Od Tulum 2
Obecnie od 3 dni jesteśmy w Tulum, w hostelu prowadzonym przez parę młodych Niemców.
Ubrania, rzeczy -"Flauszen"! 
Jutro rano wyruszamy do Chetemul tym razem z pomocą przyszedł CS, będziemy mieszkać u Jada :)
Miasto już przed podróżą wydaje się być pozytywne, wiele osób odpisało.
Póki co żegnamy Riviera Maya. Dla nos szok! Szkoda tylko, że nie ma promów na Cubę.
Tulum nas zachwycił, to niewielkie miasteczko ma swój niepowtarzalny klimat i urok, pomijając nawet fakt, że po raz pierwszy chcieli nas dzisiaj oszukać na stacji benzynowej (zagadując itp.)
W galerii zdjęcia z dzisiejszej wycieczki. A na koniec dobra nowina mamy nową, drewnianą deskę na bagaże, Adios!.


Tulum 2

Nocleg w namiocie. Podejście pierwsze.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Playa Del Carmen,gdzie początkowo mieliśmy spędzić noc w namiocie na plaży. Jednak miasto bardzo turystyczne, zero intymności, a klimat i architektura do złudzenia przypominające Sopot. Zapadła szybka decyzja - ruszamy dalej!

Od Tulum

Zachęceni przez znajomego Adriana postanowiliśmy spędzić noc w rezerwacie Sian Ka'an w Tulum, gdzie można rozbić namiot na plaży bez dodatkowych opłat.
Za wjazd do rezerwatu objętego patronatem UNESCO zapłaciliśmy jedyne 25 peso od osoby.
Droga koszmarna, pełno dziur w których jest woda. My cali mokrzy, z nieba lał rzęsisty deszcz. Pierwszy postój i możliwy biwak, wioska indiańska, Rafał pyta o łazienkę, pijany jegomość robi wielkie oczy, nie rozumie, powtarza pytanie - baño?, nie rozumie, za to my rozumiemy, nie ma. Na odchodne wspomina coś o huraganie. Huragan? Tak ale to jutro.
Myślimy trudno, chociaż plaża ładna, dzika, jedziemy dalej. Poruszamy się z prędkością max. 15km/h. Dziura, wymijanie, dziura wymijanie, mokro w butach, spodnie mokre, strach o bagaże. A niedługo zacznie się ściemniać. Zawracamy do Indian.
Kilkaset metrów od ich obozowiska, natrafiliśmy na samotną plażę. Rafał wrócił do miasta po zakupy, ja zostałam aby rozbić namiot. Wybrałam całkiem niezłe miejsce (o słodka naiwności), na wzniesieniu z widokiem na morze. Rozbicie namiotu poszło mi całkiem sprawnie jedynie piękne chwile zakłócał od czasu do czasu deszcz.
 Zaczynało się ściemniać gdy wrócił Rafek z prowiantem. Szybkie rozpalenie ognia i już kurczaczek skwierczał na patelni.
-Sialalalla sia siala sialala ja.Radocha!
 Sielanka nie trwała długo, gdy nagle wiaterek przemienił się w wichurę, po czym przeistoczył się w huragan. Namiot położył się natychmiast, trzepocząc niemiłosiernie. Z trudem we dwójkę mogliśmy go utrzymać aby nie pofrunął. Do tego dołączyła ulewa. Palmy gięły się niemal w pół. Do tego jeszcze ten piach, drobniutki pył, który oblepił nam wszystko, nawet rzeczy ukryte w torbach. Aparat cały mokry, wszystkie ciuchy. Zapadła decyzja, "chodu do cywilizacji". Tym razem pakowanie bagaży przebiegło w czasie ekspresowym.
 A gdy pogoda trochę się poprawiła niezwłoczne wyruszyliśmy.

Od Tulum

 Zatrzymaliśmy się na najbliższym, prywatnym kempingu. Osłonięci przez płot i roślinność postawiliśmy namiot.
 Zjedliśmy kolację i szczęśliwi poszliśmy spać.
 Całą noc padało.Niestety rano czekało nas najgorsze. Suszenie i czyszczenie naszych rzeczy.
 Jak wspominałam wcześniej piach i pył oblepił wszystko, a gdy jest mokry jest niemal nieusuwalny. Wszystkie ale to wszystkie rzeczy mieliśmy brudne i mokre, dokumenty, ubrania, pieniądze i aparat (przez pół dnia miał zaparowane lustra) a motor przypominał babkę piaskową. Niestety zdjęć brak :D
...
               C.D.N  
Od Tulum



Tulum

niedziela, 24 października 2010

Isla Mujeres

Wczoraj pojechaliśmy na Wyspę Kobiet (Isla Mujeres). Za prom zapłaciliśmy trochę więcej niż się spodziewaliśmy (140 pesos od osoby w obie strony) ale warto było! Plaże super, ludzie uśmiechają się do nieznajomych i na dodatek udało nam się kupić tani obiad (pół kurczaka, tuzin tortilli, pastę z czerwonej fasoli, ryż i papryczkę chili na zagrychę za 60 pesos).


Od Isla Mujeres


Od Isla Mujeres


Od Isla Mujeres


Od Isla Mujeres


Dzisiaj jedziemy do Playa Del Carmen i o ile wszystko przebiegnie zgodnie z planem to dzisiejsza noc będzie naszym debiutem namiotowym.


Różnice pomiędzy Mexico City a Cancun.
W Mexico City ludzie zamykają się na sto tysięcy zamków i nerwowo rozglądają się na boki czy nikt nie stoi za plecami. W Cancun w domu, w którym mieszkamy drzwi nie są zamykane wogóle!!
Samochody w Mex. C mają pozakładane blokady na kierownicach, skrzyniach biegu, łańcuchy mocujące do drzewa. W Cancun natomiast ludzie pozostawiają otwarte drzwi i okna przez cały czas :)


Isla Mujeres

piątek, 22 października 2010

Kochamy Karaiby!!!

Cancun niespełna 40 letnie miasto, architektonicznie nie zachwyca ale plaże powalają z nóg. Ludzie są tutaj bardzo mili i uśmiechnięci.
Morze Karaibskie ciepłe jak zupa, a my spaleni. Niestety zdjęcia nie potrafią przekazać całego piękna tego miejsca, ponieważ trzeba by było mieć suuuper szeroki obiektyw. Kilka fotek dla rozgrzania (słyszeliśmy, że w Polsce straszny hyc).
Wieczorem przyszli znajomi Adriana, intensywnie uczymy się hiszpańskiego :)


Od Cancun


Od Cancun

Od Cancun


Od Cancun


czwartek, 21 października 2010

Cancun

 Dojechaliśmy do Cancun, pierwsze 1850 km za Nami. Jak tylko wyjechaliśmy z Mexico City, co zajęło nam z pomocą Nancy i jej mamy bagatela 3 godziny, na trasie ogarnęła Nas wielka frajda z powodu czekającej nas podróży..

Jesteśmy w Cancun, skorzystaliśmy z dobrdziejstwa CS i nocujemy u Kolejnego Adriana :)

A co do samej podróży to zatrzymaliśmy się na noc w Orizabę, Coatzacoalcos, Ciudad del Carmen i Progreso. Jechaliśmy przez góry i przez dżunglę. Zdęć mało bo czas nas gonił.

Od podróż


Od podróż


Od podróż




Wczoraj zatrzymaliśmy się na 2 godziny w Chichén Itzá.


Od Chichen Itza



Od Chichen Itza


Sama debiutancka podróż na moto bez większych przygód, jeżeli pominiemy,że wywalił nam się motor (całe szczęście niegroznie i bez nas) że po pierwszym dniu nasze torby zaczęły się topić od rozgrzanych rur wydechowych, które w BMW umieszczone są wysoko i nadal do niektórych ubrań mamy przyklejoną folię z reklamówek:) Jednak Polak potrafi i dosyć szybko zaadaptowaliśmy znaleźioną dyktę na nowy bagażnik. Co do samej trasy to w większości póki co pokonaliśmy ją autostradą, trasa ładna, byliśmy jedynie zdziwieni ilością blokad policyjnych i wojskowych, które napotykaliśmy przy wjeździe i wyjeździe na granicy każdego miasta i stanu.
A teraz idziemy na plażę, cieszyć się morzem i słońcem, które dopisuje, bo jest 30 stopni :P


Chichen Itza



podróż

piątek, 15 października 2010

Jedziemy!

Motocykl po tygodniu odebrany z serwisu, opony, hamulce, żarówki, świece, olej, filtry, masa, wymienione. Wszystko dokręcone i naoliwione. Dodatkowo na wymianę nowy łańcuch, zębatki i filtry, zakupione :) Mechanicy z serwisu Hondy zaangażowani w naszą wyprawę dokładnie moto sprawdzali i cennych porad udzielili ( więcej w informacjach praktycznych ). Planujemy wyruszyć jutro (czyli w sobotę) o 9.00, poszukujemy jeszcze przewodnika, który nas wyprowadzi z tego molochu... 3 tygodnie w stolicy minęły jak z bata strzelił ale już nie możemy się doczekać naszej przygody. Następne info z Jukatanu :) za około 3-4 dni.


Adrianowi i mamie Xochitl za wspaniałą gościnę, towarzystwo i nieocenioną pomoc. Dziękujemy !!!
mexico_mw.gif Bandera México image by chucho_punk

poniedziałek, 11 października 2010

Działo się, działo!

"Sprawy kosmetyczne" ciągną się już 4 dzień i jak narazie mamy tylko nadzieję, że zakończą się w tym tygodniu. Latynoskie podejście do pracy zdecydowanie różni się od europejskiego. Dopiero dzisiaj po interwencji telefonicznej mamy, ustatliliśmy konkretny termin odbioru na czwartek. Na szczęscie 4 ostanie dni były bardzo intensywne i nie mieliśmy czasu na myślenie o motorze, a więc pokolei:

Piątek, 08.10.2010
Mama miała ochotę pośpiewać. Ruszyliśmy więc na miasto na karaoke. Dołączyły jeszcze do nas 2 koleżanki Adriana - Nancy i Carola. Wydawałoby się zwykły, przydrożny bar a tam parkingowy, który odprowadza twój samochód, bramkarz, który skanuje wykrywaczem metali. Przed wejściem podaje się liczbę osób wchodzących w celu późniejszej weryfikacji. Przy wyjściu z baru koniecznie trzeba pokazać zapłacony rachunek z wypisaną liczbą osób. Takie praktyki nie są wyjątkiem, we wszystkich barach takie reguły funkcjonują. Na karaoke śpiew, tequilla i salsa. Imprezę zakończyliśmy nad ranem.
Sobota, 09.10.2010
W sobotę  pobudka, na śniadanie tacos (od razu lepiej), sok mango i w drogę na targ Chopo. Adrian wspomniał nam tylko, że jedziemy na targ zwany targiem kultury. Jakież było nasze zdziwienie gdy dotarliśmy na miejsce. Spodziewaliśmy się kiczowatych pamiątek i indiańskich przebrań, a tu taka niespodzianka :)

Od Meksyk nowe znajomości

Na targu poznaliśmy Baby.
Baby Batiz jest znaną meksykańską gwiazdą muzyki rockowej lat 60 i 70. Wydała wiele płyt i prowadziła program telewizyjny. Poznała osobiście m.in.Janis Joplin i Jima Morrisona. Jej bratem jest Javier Batiz, na którego twórczości wzorawał się Carlos Santana.
Prywatnie Baby jest mamą przyjaciela Adriana, Jesusa którego mieliśmy okazję poznać na imprezie u Piotrka. A co ma się znajomości!
Oprócz zdjęc mamy także pamiątkę: maska wrestlingowa. Po targu spragnieni poszliśmy do lokalnej cervecerii. Spróbawaliśmy tradycyjnego, meksykańsiego piwa z chilli, solą i sokiem z limonki, smak dla nas dziwny toteż zostaliśmy przy tradycyjnym. Piwko niczego sobie i w smaku, i w rozmiarze (1,2l). Zosatliśmy poczęstowani tquillą z tego regionu. Dobrze nam się rozmawiało, a że czas nas gonił, a w zaszadzie już byliśmy spóźnieni na umówione spotakanie u nauczyliela śpiewu - Johna Lozy, zostaliśmy zaproszeni na niedzielny obiad do domu Baby.

Od Meksyk nowe znajomości



Spotkanie z Johnem odbyło się w studio. Przygotował specjalnie dla nas piwo i champana jako, że jesteśmy kulturalnymi ludzmi, z grzeczności nie odmówililśmy. Spotkanie miało nam przynieść masę kontaktów w Boliwii z racji tego, że John jest Boliwijczykiem, co prawda dostaliśmy tylko jeden mail (do organizatora Jeep Safari ;D) ale za to mogliśmy podpytać o interesujące nas rzeczy.

Od Meksyk nowe znajomości




Tego dnia wyjątkowo mieliśmy napięty grafik więc szybko się pożegnaliśy i i w drogę na kolejne spotkanie tym razem z kolegami z zespołu. Tego wieczora mieli grać koncert. Skończyło się co prawda tylko na jamie Adriana i Charliego ale zabawa była przednia. Bar 2 poziomowy z dwoma scenami, a piwo sprzedaje się na skrzynki.


Od Meksyk nowe znajomości


Noc spędziliśmy w domu u Jesusa. Rano zdziwona Baby spytała syna dleczego nie położył nas spać u niej w pokoju, a konkretnie z nią w łóżku, bo przecież ma łoże king size. Ołłł jee rock'n roll! Okazało się, że do domu kluczy nie mamy i do obiadu zostaniemy w gościnie. Szybko zanlazła się dla nas szczoteczka do zębów, a że z rana nic więcej człowiekowi do szczęścia nie jest potrzebne zaakceptowaliśmy ten stan rzeczy. Wszyscy mieliśmy ochotę na śniadanie w plenerze więc pojechaliśmy za miasto do pobliskiego turystycznego miasteczka w górach.


Od Meksyk nowe znajomości


W doborowym towarzystwie rodziny Batiz czas szybko minął i pora była wracać na obiad. Baby przygotowała argentyńskie steki, które szybko zniknęły ze stołu. To było bardzo miłe spotkanie.


Od Meksyk nowe znajomości



Jak zwykle czasu w ten weekend nie mieliśmy za wiele, ponieważ byliśmy umówieni z rodziną Adriana na niedzielny spacer po centrum puebla Coyacán .Byliśmy tak najedzeni, że wypiliśmy tylko po soku, za to cała famila zajadała się tmalem. Za takimi spacerkami osobiście nie przepadamy, tym bardziej, że ostatnie dni były pełne wrażeń, Rafałek postanowił rozerwać towarzystwo, wyskakując w masce zza drzewa, krzycząc dineros!!!  Wszyscy o mało nie dostali zawału, w końcu to Mexico City.



Meksyk nowe znajomości

czwartek, 7 października 2010

Motocykl kupiony !!!!

Byliśmy umówieni na 21, z domu wyszliśmy po 16. Dotarcie na miejsce przy użyciu wszystkich dostępnych środków lokomocji zajęło nam ponad 4 godziny.Standardowo bus, metrobus,metro, bus w międzyczasie szybkie taco. 0 21 byliśmy na miejscu, dzielnica niebezpieczna, światła prawie wcale, właściciel o dziwo o czasie. Po dokładnych oględzinach, BMW f 650 gs kupione :) Dotarcie do domu zajęło nam 2,5 godziny przy zerowych korkach.Standardowo mexican style, czyli zawracanie na jednokierunkowych ulicach, jazda pod prąd i trąbienie na papasitów. O 24 byliśmy w domu. Z racji tego, że mieliśmy podwójny powód do świętowania (mama A. sprzedała samochód) urządziliśmy fiestę...



Rano,leniwie ruszyliśmy w pueblo po zakupy.



Teraz zostały nam tylko sprawy kosmetyczne: wymiana opon, kilka dupereli i ruszamy po przygodę!


środa, 6 października 2010

Chłopaki pojechali po motor jakieś 4 godziny temu. Mam nadzieję, że tym razem się uda i wrócą na maszynie. W oczekiwaniu na kolejne wpisy zapraszam do galerii.

Zdjęcia ulic Meksyku




Ostatnie dni spędzamy na intensywnym poszukiwaniu motocykla, a to w ponad 20 milionowym mieście nie jest tak proste jakby się to mogło wydawać. A wręcz przeciwnie. Dotarcie do miejsca aby obejrzeć interesujący motocykl, który najczęściej jakby na przekór znajduje się na drugim końcu miasta, nawet samochodem zajmuje 5 godzin :/ Chociaż wybór niewielki i warunki nie sprzyjają to jest iskierka nadziei. Co z tego wyniknie? Na pewno napiszemy. Póki co z biegania po urzędach wynika, że jako Polacy motocykl nabyć możemy, możemy nim nawet jeździć a co lepsze wyjechać z kraju i później sprzedać:) WOW.. Kolejną, dosyć istotną rzeczą jest kwestia wypłaty pieniędzy z bankomatu. Pamiętać należy, że jednorazowo pobrać można maksymalnie 6000 peso, więc nawet jeżeli już znajdzie się ten wymarzony, to trzeba wziąć parę dni poprawki na uzbieranie całej kwoty.
Niedziela targ i Plac Tlatelolco 
Z samego rana w niedziele pojechaliśmy na targ do najniebezpieczniejszej dzielnicy w Mexico City. Mama podwiozła nas do domu kolegi Adriana - Charliego, który gra z nim na perkusji w zespole metalowym, a zawodowo jest trenerem fitness :D Przypakowany kolega z racji tego, ze sam niepewnie czuł się jako ochroniarz wziął ze sobą kolejnego przypakowanego kolegę. W tej asyście cała nasza 5 udała się na targ. Mieliśmy ze sobą tylko 200 pesos, żadnych zegarków, telefonów, biżuterii itp. Śmiać nam się z Rafkiem chciało, bo nic niepokojącego nie zauważyliśmy, oprócz kilku wytatuowanych kolesi, a straciliśmy możliwość zrobienia zdjęć kilku osobliwościom. Popularne były przenośnie salony kosmetyczne i fryzjerskie. Kobiety depilowały sobie wąsik, farbowały brwi,dopinały treski a mężczyźni strzygli. Wszystko to pod gołą chmurką, upchane pomiędzy stanowisko z koszulami a płytami. Żadnej krępacji. Oprócz tego targ niczym się nie różnił od typowego targowiska polskiego. Można tam było kupić wszystko od broni na afrodyzjakach kończąc.
O umówionej godzinne przyjechała po nas mama i zabrała nas na Plac Tlatelolco gdzie 2 października 1968 roku doszło do masakry studentów.W sobotę była 42 rocznica tych wydarzeń. Na miejscu spotkaliśmy człowieka, który brał w tym udział i nie zginął tylko dlatego, że jakaś kobieta pomogła mu uciec. Pokazał nam ranę na nodze od kuli. Podobno ludzie pływali we krwi zabitych. Po więcej informacji zapraszam do internetu.
Zdjęcia mamy z tel. komórkowego ale jeszcze nie mam ich na kompie. Aparatu swojego nie wzięliśmy, ponieważ targ zbyt niebezpieczny ale zapomnieli dodać, że przyjedzie po nas mama :/

poniedziałek, 4 października 2010

Obiad z dziadkiem

Sobota
Z samego rana wyruszyliśmy na miasto z nadzieją kupna wymarzonego motocykla. Największa giełda w mieście, w naszych głowach optymizm, tak to dzisiaj jest ten dzień. Po drodze w odległości ok 1 km stoją mężczyźni machający do przejeżdżających samochodów. Pytamy Adriana o co biega. Okazuje się, że są to kupcy i jeżeli spodoba im się twój samochód podają cenę i jeśli jest ona dla ciebie ok, zawierasz transakcję na ulicy. Żadnej kontroli u mechanika, sprawdzania lakieru, podwozia itp, takie to proste tutaj. Jakie było nasze zdziwienie po przyjściu na miejsce. Giełda nie większa niż typowy polski komis, motocykli sztuk 3. Spytaliśmy się sprzedawców gdzie można znaleźć jakiś motocykl enduro. Podali nam jakieś namiary i na tym się skończyło. Ogólnie cholernie ciężko trafić na enduro, ponieważ Meksykanie lubią jeździć szybko i z klasa, nie dla nich taki terenowy motocykl. W umówionym miejscu podjechała po nas mama i wróciliśmy do domu.Mieliśmy godzinę na odpoczynek, ponieważ mieliśmy zarezerwowany stolik w restauracji. W między czasie mama pojechała po dziadka, który przebywa w domu starców. Dzidek sędziwy ale jakże krzepki 90 latek. Śpiewał nam przez cała drogę oraz opowiadał jak jest nieszczęśliwie zakochany w 64- latce ze swojego ośrodka.
Pod restaurację podjeżdża się samochodem, który jest odbierany przez parkingowych i oni zajmują się zaparkowaniem. Stolik dostaliśmy przy samej scenie. Na przystawkę zamówiliśmy sobie po rosole, a główne było jedno dla wszystkich, barbacoa - wolno pieczona baranina z grilla podawana na liściach aloesu. Każdy nakłada sobie odpowiednią ilość na tortille, polewa ostrym sosem, wyciska limonkę i je ręką. Kelnerzy uwijają się jak w ukropie, co raz dokładając gorące placuszki. Każdy z nich obowiązkowo biała koszula i kamizelka. Wielka kultura. W toalecie stoi ręcznikowy, który podaje ręcznik, można też skropić się przygotowanymi perfumami. Występ - profesjonalnie przygotowany, raz doliczyłam się na scenie 20 tancerzy i muzyków.Były trąbki, skrzypce, gitary, tancerze , tancerki i piosenkarze. Niezapomniane wrażenie. Niestety nie wzięliśmy ze sobą aparatu ale są zdjęcia z komórki. Przed wyjściem rozejrzeliśmy się trochę i ku naszemu wielkiemu zdziwieniu sal takich jak nasza jest tam o wiele więcej!

Od Obiad z dziadkiem


Dzień pełen wrażeń toteż szybko położyliśmy się spać.

Według Wikipedii - Restaurante Arroyo
Założona w 1940 roku. Jest największą pojedynczą restauracją meksykańską na świecie. Może pomieścić 2,200 gości, ma 9 sal i parking na 600 samochodów. Jej specjalnością jest właśnie barbacoa.







Obiad z dziadkiem

Salsa na tarasie

Piątek
Przedpołudnie spędziliśmy w domu na szukaniu motocykla. W między czasie przyszła kolejna koleżanka Adriana, której imienia nie mogę sobie teraz przypomnieć. Na obiad byliśmy umówieni z mamą w tradycyjnej restauracji z muzyką i tańcami na żywo.

Od Restauracja Arroyo


Od Restauracja Arroyo


Od Restauracja Arroyo


No meksykan style? A jakże, po przyjściu okazało się że nie zapisali naszej rezerwacji i dostaliśmy stolik na końcu sali. Po krótkiej naradzie posatnowiliśmy, że poczekamy na mamę i pójdziemy na tacos :) Wystawny obiad przełożyliśmy na następny dzień. Niepewna dnia następnego zrobiłam kilka fotek i dobrze, ponieważ w sobotę zapomniałam zabrać ze sobą aparat w czym poratowała nas mama ze swoją komórką.

Ogólnie cała rodzina Adriana jest muzykalna, a śpiew towarzyszy im przez cały dzień. Mama ma jedną ulubioną piosenkę, którą ćwiczy w samochodzie, pod prysznicem, w kuchni itp.

http://www.youtube.com/watch?v=TJGWtmINWgY&feature=fvw


,a Adrian chce zostać najlepszym piosenkarzem na świecie. Trzymamy kciuki!
Popołudnie w domu upływało nam na piciu tequili, śpiewie tradycyjnych piosenek i na sesji zdjęciowej w ogrodzie.

Od Restauracja Arroyo


Od Restauracja Arroyo


Od Restauracja Arroyo


Wieczór zamierzaliśmy spędzić w domu z racji tego, że poszaleliśmy dzień wcześniej, a w sobotę rano mieliśmy pojechać na giełdę poszukać motocykla. Do momentu gdy zadzwonił telefon. To był Piotr. Piotrek jest szefem dużej niemieckiej firmy i również zwierzchnikiem brata Adriana, Alexa. Zaprosił nas do siebie do domu na imprezę. Wcześniej musieliśmy podjechać pod centrum sportu, ponieważ odbywał się tam firmowy turniej piłki nożnej (skąd my to znamy :D ), a stamtąd na zakupy i do domu. Piotrek mieszka w Mexico City od 2 lat i jesteśmy pierwszymi Polakami jakich spotkał do tej pory. Impreza była przednia przyszli wszycy bliscy pracownicy wraz z parterami, była salsa na tarasie, grill, dużo piwa i tequilli. Polacy i Meksynaie są do siebie podobni w tych sprawach :D.Do domu wróciliśmy po 3 w nocy. Miło było poznać punkt widzenia Piotrka na życie tutaj. Tak jak się spodziewaliśmy nie jest tak niebezpiecznie jak sie mówi i jak mówią nam nasi latynoscy znajomi. Dla przykładu Piotrek zawsze zostawia laptop w samochodzie i jeszcze nigdy nic złego się z nim nie stało, a w tym roku był w Berlinie i starcił laptopa w ten sposób. Niestety nie mamy zdjęc z tej imprezy i to nas strasznie boli.
Jeszcze raz wielkie dzięki za zaproszenie Piotrek!


Restauracja Arroyo

sobota, 2 października 2010

Czwartek dzień piramid Teotihuacan

W czwartek wstaliśmy wcześnie rano, ponieważ byliśmy umówieni w centrum z koleżanką Adriana - Nancy. Oczywiście nie zabrakło mexican style i tym razem, Nancy spóźniła się ponad 2 godziny, co dało nam czas na zjedzenie śniadania (coś jakby pieróg z sosem z zielonych pomidorów zawijany w liście palmy i słodką zupę mleczną z ryżem) i przyglądaniu się miastu o poranku.

Od Meksyk 3
Od Meksyk 3




Po 2 godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Po skończonym zwiedzaniu podjechaliśmy do tradycyjnej indiańskiej restauracji na obiad. Po posiłku ucięliśmy sobie drzemkę w hamakach, ach ten meksykański luz i wróciliśmy do miasta. Wszyscy mieliśmy świetne humory więc postanowiliśmy ukoronować dzień piwkiem w barze. Oczywiście "apetyty" mieliśmy spore i na jednym się nie skończyło, a że piwo w Meksyku jest droższe niż w Polsce, postanowiliśmy kupić tequile i wrócić do domu...