"Sprawy kosmetyczne" ciągną się już 4 dzień i jak narazie mamy tylko nadzieję, że zakończą się w tym tygodniu. Latynoskie podejście do pracy zdecydowanie różni się od europejskiego. Dopiero dzisiaj po interwencji telefonicznej mamy, ustatliliśmy konkretny termin odbioru na czwartek. Na szczęscie 4 ostanie dni były bardzo intensywne i nie mieliśmy czasu na myślenie o motorze, a więc pokolei:
Piątek, 08.10.2010
Mama miała ochotę pośpiewać. Ruszyliśmy więc na miasto na karaoke. Dołączyły jeszcze do nas 2 koleżanki Adriana - Nancy i Carola. Wydawałoby się zwykły, przydrożny bar a tam parkingowy, który odprowadza twój samochód, bramkarz, który skanuje wykrywaczem metali. Przed wejściem podaje się liczbę osób wchodzących w celu późniejszej weryfikacji. Przy wyjściu z baru koniecznie trzeba pokazać zapłacony rachunek z wypisaną liczbą osób. Takie praktyki nie są wyjątkiem, we wszystkich barach takie reguły funkcjonują. Na karaoke śpiew, tequilla i salsa. Imprezę zakończyliśmy nad ranem.
Sobota, 09.10.2010
W sobotę pobudka, na śniadanie tacos (od razu lepiej), sok mango i w drogę na targ Chopo. Adrian wspomniał nam tylko, że jedziemy na targ zwany targiem kultury. Jakież było nasze zdziwienie gdy dotarliśmy na miejsce. Spodziewaliśmy się kiczowatych pamiątek i indiańskich przebrań, a tu taka niespodzianka :)
Na targu poznaliśmy Baby.
Baby Batiz jest znaną meksykańską gwiazdą muzyki rockowej lat 60 i 70. Wydała wiele płyt i prowadziła program telewizyjny. Poznała osobiście m.in.Janis Joplin i Jima Morrisona. Jej bratem jest Javier Batiz, na którego twórczości wzorawał się Carlos Santana.
Prywatnie Baby jest mamą przyjaciela Adriana, Jesusa którego mieliśmy okazję poznać na imprezie u Piotrka. A co ma się znajomości!
Oprócz zdjęc mamy także pamiątkę: maska wrestlingowa. Po targu spragnieni poszliśmy do lokalnej cervecerii. Spróbawaliśmy tradycyjnego, meksykańsiego piwa z chilli, solą i sokiem z limonki, smak dla nas dziwny toteż zostaliśmy przy tradycyjnym. Piwko niczego sobie i w smaku, i w rozmiarze (1,2l). Zosatliśmy poczęstowani tquillą z tego regionu. Dobrze nam się rozmawiało, a że czas nas gonił, a w zaszadzie już byliśmy spóźnieni na umówione spotakanie u nauczyliela śpiewu - Johna Lozy, zostaliśmy zaproszeni na niedzielny obiad do domu Baby.
Spotkanie z Johnem odbyło się w studio. Przygotował specjalnie dla nas piwo i champana jako, że jesteśmy kulturalnymi ludzmi, z grzeczności nie odmówililśmy. Spotkanie miało nam przynieść masę kontaktów w Boliwii z racji tego, że John jest Boliwijczykiem, co prawda dostaliśmy tylko jeden mail (do organizatora Jeep Safari ;D) ale za to mogliśmy podpytać o interesujące nas rzeczy.
Tego dnia wyjątkowo mieliśmy napięty grafik więc szybko się pożegnaliśy i i w drogę na kolejne spotkanie tym razem z kolegami z zespołu. Tego wieczora mieli grać koncert. Skończyło się co prawda tylko na jamie Adriana i Charliego ale zabawa była przednia. Bar 2 poziomowy z dwoma scenami, a piwo sprzedaje się na skrzynki.
Noc spędziliśmy w domu u Jesusa. Rano zdziwona Baby spytała syna dleczego nie położył nas spać u niej w pokoju, a konkretnie z nią w łóżku, bo przecież ma łoże king size. Ołłł jee rock'n roll! Okazało się, że do domu kluczy nie mamy i do obiadu zostaniemy w gościnie. Szybko zanlazła się dla nas szczoteczka do zębów, a że z rana nic więcej człowiekowi do szczęścia nie jest potrzebne zaakceptowaliśmy ten stan rzeczy. Wszyscy mieliśmy ochotę na śniadanie w plenerze więc pojechaliśmy za miasto do pobliskiego turystycznego miasteczka w górach.
W doborowym towarzystwie rodziny Batiz czas szybko minął i pora była wracać na obiad. Baby przygotowała argentyńskie steki, które szybko zniknęły ze stołu. To było bardzo miłe spotkanie.
Jak zwykle czasu w ten weekend nie mieliśmy za wiele, ponieważ byliśmy umówieni z rodziną Adriana na niedzielny spacer po centrum puebla Coyacán .Byliśmy tak najedzeni, że wypiliśmy tylko po soku, za to cała famila zajadała się tmalem. Za takimi spacerkami osobiście nie przepadamy, tym bardziej, że ostatnie dni były pełne wrażeń, Rafałek postanowił rozerwać towarzystwo, wyskakując w masce zza drzewa, krzycząc dineros!!! Wszyscy o mało nie dostali zawału, w końcu to Mexico City.