wtorek, 30 listopada 2010

Nikaragua oł jeejee!

W Granadzie spędziliśmy 3 dni.
Miasto cudowne, kolonialne, pełne zabytków. Zatrzymaliśmy się w położonym w centrum, poleconym przez znajomych hotelu Hospodaje Cocibolca.
Od Granada

Mieliśmy wspaniały widok na dachy pokryte glinianymi dachówkami, darmowy internet, kuchnię i nieograniczony dostęp do wyśmienitej kawy. Co do Granady to zrobiła na nas duże wrażenie. Zabytkowe centrum z dorożkami, lokalny targ oraz wszechobecny spokój tak najprościej można scharakteryzować to miasto. Granada jest bogatsza od Leon, jest również pewnego rodzaju perełką Nikaragui. Nie wiemy o co dokładnie z tym chodzi ale wszędzie można spotkać wizerunek Che Guevary.
Naszym kolejnym celem podróży stała się wyspa Omepete, na której są dwa wulkany z czego jeden jest aktywny. Wyspa znajduję się na największym jeziorze Ameryki Centralnej - Lago Nicaragua, ponoć w jego wodach pływają rekiny.
Z San Jose del Sur codziennie odpływają promy. Bilety kosztują po 7,50 PLN (60 CN) od osoby + tyle samo za motocykl, podróż trwa godzinę. Podczas powrotu spotkała nas miła niespodzianka, bilety były o połowę tańsze.
W trakcie poszukiwania kempingu na wyspie zarezerwowaliśmy przewodnika na wulkan.
Umówiliśmy się z nim na 6 rano, poradził abyśmy zrobili sobie kanapki i koniecznie zabrali ze sobą kurtki, ciepłe swetry, stroje kąpielowe i po 3 litry wody na osobę.
Okey, szykuje się poważna wyprawa - pomyśleliśmy:)
O zmroku, po drugiej stronie wyspy szczęśliwie znaleźliśmy hostel z kempingiem. Namiot rozstawiliśmy ekspresowo i pojechaliśmy w poszukiwaniu sklepu. Chociaż na zegarku dopiero 18 było już kompletnie ciemno, a w dodatku droga błotnista, pełno kamieni i dziur, które musieliśmy omijać. Przydomowe sklepiki znaleźliśmy bez żadnego problemu, jednak nie było w nim pieczywa, a właściwie niczego co nadawałoby się na kanapki. Odrobinę zrezygnowani wracaliśmy do hostelu,  nic już nie widać, omijamy kałużę, pierwszą, drugą, przejeżdżamy przez błoto, ryk silnika i leżymy! Błoto takie, że się koło zblokowało. Żadnej wcześniejszej oznaki, żadnego poślizgu, szybka akcja.
Nic się nie stało? - pytamy siebie na wzajem. Lekkie stłuczenie, brudne spodnie, uff tyle. Wściekły podnoszę motor, ruszamy dalej. Dojeżdżamy na miejsce, na przeciwko bramy wjazdowej widać światło, podchodzimy bliżej, a to sklep. Uratowani! Jest  pieczywo, majonez i tuńczyk. Z głodu nie umrzemy!
Smacznie zasypiamy, podekscytowani czekającą nas wyprawą na wulkan. Rano przewodnik przychodzi punktualnie, a my zgodnie z umową wyposażeni w prowiant, 6 litrów wody i ciepłe ubrania czekamy na przygodę. Od początku jesteśmy zaskoczeni ubiorem przewodnika. Ten 22 latek ubrany był w swój stary szkolny uniform, buty lakierki i miał ze sobą tylko małą kosmetyczkę. Nie pytając dlaczego domyślamy się, że pewnie resztę ekwipunku ma na miejscu albo dołączymy do jakiejś grupy turystów prowadzonej przez innego oprowadzacza. Razem z nami wyruszył w drogę hotelowy pies - Donkey.

Od Ometepe

Po 2 godzinach wspinaczki po bardzo stromych szlakach, z ciężkimi plecakami, cali oblani potem nie możemy uwierzyć, że nasz przewodnik nie jest nawet odrobinę zmęczony i z uśmiechem na twarzy oznajmia, że do szczytu brakuje nam jeszcze 3 godziny marszu po błocie pod górę. Ciężko się idzie bo i kondycja słaba, parówa okropna, plecaki ciężkie, w błocie nogi grzęzną, a każdy konar czy kamień śliski. Zmordowani docieramy na wierzchołek wulkanu, schodzimy 200 metrów do laguny która okazuje się być jeziorem w kraterze, jednak gęste chmury nie pozwalają nam zbyt wiele zobaczyć. Jest gorąco, nie wiemy po co nam te wszystkie ciepłe rzeczy, które ze sobą dźwigaliśmy, z kąpieli w mule rezygnujemy, zjadamy co mamy, a czego nie możemy dzielimy się z Donkeyem, dopijamy wodę żeby było lżej schodzić i wyruszamy. Po drodze spotykamy parę Francuzów z którymi spotkaliśmy się na wyspie Utila. Miła pogawędka i dostaliśmy namiar na fajny hotel  w miejscowości, w której obecnie mieszkamy.
Zejście na dół zajęło nam 4 godziny, cali w błocie niedowierzamy, że nasz przewodnik jest nieskazitelnie czysty jakby nigdzie się stąd nie ruszał :/ Dowiedzieliśmy się, że rocznie wchodzi minimum 200 razy na szczyty wulkanów z turystami, stąd jego świetna kondycja i wprawione nogi.
Kolacja smakuje bardziej niż zwykle, padamy ze zmęczenia, zasypiamy w hamaku.
Następnego dnia opuszczamy wyspę. 20 kilometrów na południe i jesteśmy w San Juan del Sur, to malownicze miasteczko położone w zatoce nad Oceanem od pierwszego momentu robi na nas niesamowite wrażenie.

Od San Juan del Sur

Pomimo poleconego nam hostelu początkowo postanawiamy dotrzeć na kemping (jedyny) na innej plaży tym razem polecany przez LP za 1U$D za namiot :) Po 12 kilometrach bezdroży docieramy na plażę Majagual. Wspaniałe odludne miejsce, jest i kemping, świetnie, jednak właściciel przekombinował trochę przy cenniku i za namiot oczekuje 9U$D!
Co?! Nie ma mowy. Zawracamy!
Na koniec oferuje jeszcze "dog house" za 5U$D od osoby, nic z tego!
Z łatwością odnajdujemy rekomendowany hostel Beach Fun Casa 28, z kuchnią, internetem, bardzo blisko plaży. Pozbijany z desek, pełno prześwitów, z oknami bez szyb, a podłoga chodzi przy każdym kroku. Bardzo swojski i strasznie nam się tutaj podoba.
Tym razem śmiesznie się złożyło, że 3/4 osób mieszkających w tym hotelu, mieszkało razem z nami w Leon.
Wieczorem międzynarodowa fiesta u nas w pokoju z  Benajminem z Nowej Zelandii, jego dziewczyną Stefani urodzoną w Zimbabwe (ale na stałe mieszkającą z nim w Australii), dwoma Argentynkami i nowopoznanym Francuzem, który podróżuje samotnie na motorze.
San Juan del Sur okropnie nam przypadł do gustu, świetny klimat, ładna plaża, tanie bary, wszędzie słychać muzykę cumbias ( dla ciekawych: http://www.fulltono.com/cumbias/), a rum kosztuje 13zł za litr.
Załapaliśmy lenia, trochę plażowaliśmy, raz zrobiliśmy sobie  wycieczkę na sąsiednią dziką plażę. Czas przecieka nam przez palce i szkoda stąd wyjeżdżać.
U miejscowych rybaków kupujemy świeże ryby za 3 złote za kilogram.
Po relaksujących 4 dniach, jutro opuszczamy tanią Nikaraguę, którą będziemy ciepło wspominać i jedziemy do San Jose w Kostaryce. Dzięki CS mamy zapewniony darmowy nocleg w tej jednej z najdroższych stolic Ameryki Centralnej.

środa, 24 listopada 2010

Kolonialnie.

W La Ceiba zatrzymał nas deszcz, więc zostaliśmy jedną, nieplanowaną noc dłużej. Ale dobrze się złożyło, bo mieliśmy kilka rzeczy do załatwienia (krawiec, mechanik itp.).

Od Comayagua

Po południu dotarliśmy do kolonialnego miasteczka Comayagua.

Od Comayagua

Ta rozpisywana w przewodniku LP,  "Central America on shoestring" była stolica Hondurasu i poprzedniczka Antigua Guatemala trochę nas rozczarowała. Hotele dość drogie, mało ulicznego jedzenia, turystów nie widać a zabytki bez większych emocji. Po raz pierwszy zdarzyły się także niemiłe odzywki w naszą stronę ze strony lokalnych pijaczków.
W porównaniu do San Cristobal czy Antigua Guatemala, Comayagua ma się nijak i wypada zdecydowanie najsłabiej. Następnego dnia o poranku zabraliśmy się w drogę. Mieliśmy do przejechania ponad 400 km, pełno zakrętów i wzniesień, planowaliśmy dojechać do Leon, a do tego czekało nas jeszcze przekroczenie granicy. Przejechaliśmy już prawie 6000km, a trasa kondycyjnie jedna z gorszych, o ile nie najgorsza. Dziury, wyrwy i inne nieoznaczone niespodzianki. W Hondurasie nie ma już znaków z podanymi odległościami, brakuje również kierunkowskazów. Łatwo się zgubić i jeszcze częściej musimy pytać o drogę.
Na granicy załatwienie formalności zajęło nam ponad 3 godziny, a zajęło by jeszcze dłużej gdyby nie Rafała niebieskie oczy, na które uwiódł panie przy okienku ;)
Przy okazji poznaliśmy 6 Francuzów, którzy dwoma mini-autobusami jadą z Kanady do Kostaryki. Większość planuje znaleźć tam prace i zamieszkać.
Od Leon


To już widocznie taki standard, że z granicy wyjeżdżamy po zmroku. Dojechaliśmy do najbliższego miasta i w myśl naszej zasady, że po ciemku nie jeździmy, zostaliśmy tam na noc. Okolica nieciekawa, pełno pijanych tirowców i towarzyszących im Cór Koryntu (strasznie brzydkie). Na kolacje szybkie placki papusas od sympatycznej sprzedawczyni. Zmęczeni podróżą zasypiamy po 21.
Następnego dnia wypoczęci, wyruszyliśmy do Leon. Przez całą drogę słyszeliśmy odgłosy szurania wydobywające się z motocykla, na dodatek wyciekł nam chyba cały olej z prawej lagi. Odległość do cywilizacji niewielka, więc postanowiliśmy wszystkim zająć się na miejscu. Zatrzymaliśmy się w ciekawym Hostelu El Albergue położonym w ścisłym centrum. Miejsce typowo backpackerskie, użytkowa kuchnia, regionalna kawa z "czajniczka" za darmo, pokoje bez okien ale po środku hostelu rosły bananowce i drzewa grejpfrutowe.


Od Leon
Leon to sympatyczne kolonialne miasto. Była stolica kraju. Pełno kościołów, uniwersytetów, największa w Ameryce Centralnej katedra a wokół niej ruchliwy targ.

Od Leon

Na ulicach widoczna jest również bieda, w końcu Nikaragua to najuboższy w regionie kraj za raz po Haiti. Panuje tutaj klimat tropikalny, jest super gorąco! Miesiąc do Świąt, większość sklepów już choinkowo przyozdobionych, a nam w tym upale wyjątkowo trudno sobie je wyobrazić.

Od Leon

Przy wieczornym piwku w  hostelu spotkaliśmy parę Francuzki z Irlandczykiem, których mieliśmy już okazję poznać na wyspie Utila. Podróżują wzdłuż Ameryk, przeważnie chickenbusami.
Na zadane im pytanie czy jest niebezpiecznie?
Opowiedzieli. -  Nie, ale po chwili dodali, że już raz ukradli im plecak.Utwierdziliśmy się tym samym, że bezpiecznej jest podróżować na własną rękę. Bo ludzie są mili a Świat jest piękny.
Rafał:
W sklepie z narzędziami sprezentowałem sobie 40 centymetrową machetę, oryginalną, numerowaną z El Salwadoru za niecałe 15 złotych (110CN). Pomimo, iż została zapakowana w papier, niedługo po zakupie, zauważyliśmy, że odstraszamy wszystkich ciekawskich żebraków, świetnie! Mogliśmy śmiało chodzić z aparatem na wierzchu:)
Tego samego dnia udałem się również do mechanika uzupełnić niedobór oleju, do San Jose w Kostaryce dojedziemy bez problemu, a dopiero tam dostaniemy niezbędne nam uszczelki. Ileż radości przyniósł nasz motocykl dwunastoletnim pomocnikom mechanika, robili sobie z nim zdjęcia radośnie zapalając przy tym wszystkie możliwe światełka, dotykali go z każdej strony, siadali na nim i o wszystko wypytywali.
Następnego dnia po przepysznym śniadaniu w bufecie, wyjechaliśmy do Granady. Tuż za Leon, zajeżdżamy na stację benzynową. Przy odjeżdżaniu zauważyliśmy, że z motoru wycieka benzyna a za każdym razem gdy dodajemy gazu, plama się powiększa. Potrzebny mechanik, na pewno rurka wyrwała się przy wyjeździe z hostelu (zjazd ze schodków). Szybka akcja, Rafał do taksówki, Dotka zostaje pilnować dobytku. Wraca z mechanikiem. Szybkie oględziny. Trzeba natychmiast do warsztatu w dodatku przestrzegają, że takie wysiadywanie jest tutaj niebezpiecznie. U mechanika musimy ściągać wszystkie bagaże i odkręcić deskę. Podnosi siodło, chwile coś tam dłubie i oświadcza, że mamy przelany bak i ta rurka właśnie jest po to aby ten nadmiar odprowadzać. Cała filozofia. Za niewiedzę się jednak płaci, całe szczęście to Nikaragua i wycena usługi jest znośna.
Odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy pospiesznie w stronę Granady...

czwartek, 18 listopada 2010

Utila i bezludna wyspa!

Z Copan do La Ceiba jechaliśmy ponad 6 godzin, nie wyrobiliśmy się na popołudniowy prom na wyspę, więc zostaliśmy tu na noc.
Od Utila

Rano nasze moto zostawiliśmy bezpieczne u właścicieli hotelu w którym spaliśmy i po godzinnym rejsie przypłynęliśmy na niewielką wyspę.
Na Utyli jest  prawdopodobnie najwięcej na Świecie szkół nurkowania, a ceny są naprawdę przystępne.
Od Utila
Wszyscy mieszkańcy jeżdżą tutaj skuterami i quadami, samochodów jest niewiele (doliczyliśmy się max.7).
Zabudowa prawdziwie wyspiarska, drewniane domy na palach z których odpada farba, nieład na podwórkach, dwie niewielkie piaszczyste plaże, dodatkowo kilka przydomowych sklepów, kościołów (Metodystów, Baptystów) i lokalnych restauracji.
Od Utila


Mieszkają tutaj: Latynosi, Murzyni, Biali i krzyżówki z każdego po trochu. Ma się wrażenie, że wszyscy się tutaj znają.
Na Utili obowiązującymi językami są hiszpański i angielski (z bardzo śmiesznym akcentem), których używają naprzemiennie. Wszystko odbywa się tutaj powoli i nikomu się nie spieszy.
Z informacji jakie zebraliśmy miał tu panować europejski backpackerski klimat, wszędzie są jednak sąsiedzi z USA i można powiedzieć, że zdominowali wyspę...

Drugiego dnia wypożyczyliśmy rower i ciągle na dwóch kółkach (ale o własnych siłach) poznawaliśmy okolicę, dodatkowo w międzyczasie z maską i rurką podziwialiśmy rafę koralową. Dzień zakończyliśmy wyśmienitą kolacją z barakudy i krewetek. Ceny zachęcające.
Wyspa naprawdę niewielka i większość jej obszaru zajmuje dżungla i namorzyny.
Po dwóch dniach mieliśmy niedosyt plażowania i chcieliśmy zwiedzić kolejną, bogatszą w plaże wyspę Roatan. Spakowani czekaliśmy już na prom powrotny do La Ceiba. Podeszliśmy do rybaków, zagadać czy nie zabraliby nas taniej, bez szans. Nagle jeden z nich wspomniał coś o bezludnej wyspie Water Cay, z piaszczystymi plażami, bez wody i elektryczności na której można rozbić namiot. RAJ !!! Pomyśleliśmy. Tylko kto nas tam zabierze? Pytamy kilku, jednak niewielu chętnych, bo za daleko i płytkie wody. Nasz prom odpłynął a my ciągle szukamy. W końcu się udaje! Szybkie zakupy i już siedzimy w łódce u ciemnoskórego rybaka niemowy ze złotym zębem. Pół godziny później dopływamy do brzegu. Na powrót umówiliśmy się za 2 dni na godzinę 11.
Wyspa malusieńka widać jej końce, tylko piasek,  palmy kokosowe i inne egzotyczne rośliny.  Woda cudowna, niebieska i ciepła.
Przez pierwszą godzinę nie jesteśmy sami, jest kilku turystów czekających na swoją łódź.
Szybko rozbijamy namiot i rozpalamy ognisko.

Od Water Cay

Idzie nam to sprawnie, a uśmiechy nie znikają z twarzy. Znajdujemy nawet stół, a z belek i skrzynki robimy prowizoryczne krzesła. Kolacja iście pańska, kurczak, tortilla i rum. :)  Powoli dochodzi do nas, że jesteśmy sami na bezludnej wyspie. Totalna radocha. Lalalalalala!
Im ciemniej tym więcej dzikich mieszkańców wyspy nas odwiedza. Są bardzo nami zaciekawione, a jeszcze bardziej naszym niedojedzonym kurczakiem. A mowa tutaj o szczurach. Całe gromady. Na drzewach, palach i kamieniach, wyłażą tłumnie ze wszystkich szczelin, wcale się nas nie boją. Buszują jak gdyby nigdy nic. Schowaliśmy jedzenie do namiotu. Po chwili słyszymy szuranie pod podłogą namiotu, szczury wygryzły trzy dziurki i mało brakowało a dostałyby się do środka. Przez większość wieczoru nasłuchujemy i krzykami odganiamy intruzów.
Cały następny dzień upływa nam na słodkim nic nie robieniu, pływaniu, piciu wody kokosowej i dorzucaniu drzewa do ogniska. Próbowaliśmy nawet łowić ryby na harpun własnej konstrukcji ale pelikany wszystkie wyjadły i nic dla nas nie zostawiły ;)
Całodzienne harce w morzu zmęczyły nas okrutnie i spać poszliśmy chwilę po zachodzie słońca. W nocy obudziły nas niewinne krople deszczu, które z czasem przemieniły się w rzęsistą ulewę z piorunami i grzmotami. Tym razem nie możemy uciec do cywilizacji (przecież jesteśmy sami na bezludnej wyspie).
Na pewno rano przestanie, myślimy.
Nie mamy coś szczęścia do nocowania na łonie natury, bo rano pada jeszcze silniej. Godzina 6 rano, już widno, namiot powoli nasącza się wodą, a na morzu nie widać żadnych łodzi. A co zrobimy jak po nas nikt nie przypłynie w taką pogodę?
Przytulamy i pocieszamy się.
Nagle, co to? Warkot silnika? Z niedowierzaniem wychylamy głowy z namiotu.
- Tak, to on nasz bohater!
Przypłynął specjalnie po nas 5 godzin wcześniej, jak tylko nastał świt :)

Od godziny 8.00 siedzimy w kawiarni z powrotem na wyspie Utila, cali przemoczeni ale szczęśliwi.


Utila

piątek, 12 listopada 2010

Z nad Oceanu na Karaiby.

Chcieliśmy szybko wydostać się z Gwatemali. Jednak listopad jest tutaj chłodny, zatęskniliśmy za plażą i ciepełkiem.Gwatemala żegna nas erupcją wulkanu.

Od Guatemala Antigua
Wybraliśmy El Salvador, trasa przyjemna i krótka, jednak na granicy spędziliśmy prawie 3 godziny.
Po salwadorskiej stronie wyjątkowo niespiesznie szła odprawa. Celnicy siedzieli i nic nie robili ściemniając na komputerach.
Po drodze mijamy biedne wioski, wspaniałe krajobrazy, cowboi, dzieciaki kąpiące się w rzecze, konie, muły, ciekawe sytuacje, furgonetki wypchane ludźmi aż po brzegi, tutaj życie toczy się wzdłuż drogi. Biedny kraj.
Ma się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał .
Po zmroku docieramy na plażę La Metalio, chociaż high sezon rozpoczął się 10 dni temu, ledwo znajdujemy otwarty hotel. W nocy terenu pilnuje uzbrojony w karabin ochroniarz wraz z dwójką psów.
Rano szybkie wyjście na plażę. Po raz pierwszy widzimy Ocean. Trzeba powiedzieć, że robi wrażenie, czuć i słychać jego ogrom. A jakie fale!
Piasek pochodzenia wulkanicznego stąd taki ciekawy kolor.

Od Metalio, La libertad, El Salvador



Od Metalio, La libertad, El Salvador


Postanowione jedziemy dalej. Wybór był dla nas oczywisty, wybraliśmy najbardziej popularną plażę w Salvadorze - La Libertad. Plaża rozsławiona jako najlepsza na świecie dla surferów, w sezonie ściągająca tysiące osób, w rzeczywistości jest wyjątkowo niewielka, zaniedbana,  oprócz nas jest tutaj niewielu turystów. Niestety zaczął nam wyciekać olej z amortyzatora i musimy zostać na noc. Ceny w porównaniu do sąsiadów wysokie i nieadekwatne do standardu, jakiś czas szukamy, aż znajdujemy miły hotelik, za rozsądne pieniądze o wdzięczniej nazwie Hotel Pupa.
Od Metalio, La libertad, El Salvador

Gospodarze mieszkali w domku na piętrze, a swoim dużym pokojem i kuchnią dzielili z gośćmi hotelowymi. Dużym plusem były podwójne hamaki :) Plaża niestety dla nas nieciekawa, kamienista, zaśmiecona, a na ogrodzeniu wielkie graffiti ONLY for LOCALS.
Jesteśmy zadowoleni  do dyspozycji mamy kuchnie. Następnego dnia odwiedzamy targ rybny na molo i  na kolacje jemy wyborne rybki z Oceanu.

Wieczorem idziemy na film do baru. Bar na palach, na dole część gastronomiczna, na górze barek i sala kinowa. Nie ma krzeseł siedzi się na ziemi otoczonym przez poduszki. Sami drętwi surferzy, oglądamy triki na falach. W Pupie do późna w nocy bujamy się w hamakach.

W Salvadorze obowiązującą walutą jest dolar USD przez co ceny są zawyżone.
Przyjeżdżają tu przede wszystkim Surferzy ze Stanów i Australii, a większość plaż jest prywatna.

Rano postanawiamy wyjechać do Hondurasu! Świadomość bliskości przepięknych plaż Karaibów oddalonych o niecałe 2 dni drogi na motorze, nie pozwala nam dłużej czekać. Po 2 godzinach jesteśmy w Angulatu z powrotem na granicy z Guatemalą, atmosfera wyjątkowo miła. Ruch niewielki. W górach nie ma już naganiaczy. Dowiadujemy się, że następną wizę wjazdową do Salvadoru na moto dostaniemy tylko na 24 godziny! A planowaliśmy jeszcze zwiedzić południową część kraju. Trudno, może jeszcze się uda ;)

Po 1,5 godzinnej  jeździe przez góry jesteśmy na granicy z Hondurasem, La Florido. Procedury stałe, 2 godziny spaceru po urzędach odbębnione, jednak po stronie Hondurasu nikt już nie sprawdza numerów rejestracji czy silnika. Pojawia się za to niespotkana jak dotąd opłata 35 U$D za wjazd motocyklem. Płacą wszyscy, takie prawo, wiza standardowo na 60 dni.

Od Copan, Honduras
Na noc zatrzymujemy się w Copan.Droga z dziurami i wyrwami na zboczach, w samym Copan na ulicy bruk. Miasteczko niewielkie, jednak z klimatem i największą jego atrakcją są tutaj ruiny Majów. Podczas spaceru po ruinach większość czasu byliśmy dosłownie sami. Taki spacer to niesamowite doświadczenie i możliwość relaksu.Warto wybrać się pod wieczór.


Postanawiamy zostać tutaj jeszcze jedną noc. Pobujać w hamakach, nie spieszyć się nigdzie. Tanie jedzenie, niedrogi nocleg, tak lubimy :)

Dzięki poradom Adriana jeszcze w Meksyku, bez problemu odnajdujemy lokalne jadłodajnie w dobrej cenie. Jak w całej Ameryce króluje tutaj kurczak, ryż i fasola ale mają tutaj jeszcze grillowane mięso z byka czy indyka.
Jemy pyszne, soczyste żółto-zielone pomarańcze za 0,15 gr/szt.


Metalio, La libertad, El Salvador



Copan, Honduras

niedziela, 7 listopada 2010

Ameryka Centralna.Wjazd na Panamerykanę.

Granica różniła się od poprzedniej i to w stopniu znacznym. Przy wjeździe do strefy granicznej tłum mężczyzn. Biegną za nami. Po stronie meksykańskiej nie miła niespodzianka trzeba zapłacić po 265 peso od osoby za wyjazd, bez tej opłaty nie wbiją pieczątki. Szkoda kasy idziemy do okienka gwatemalskiego. Zapłać, a braku pieczątki meksykańskiej nie zauważymy. Cena za wjazd jest niższa, 100Q czyli 35 PLN. Nie ma rady, płacimy, wszyscy płacą. Mężczyźni cały czas nam towarzyszą. Oferują swoją pomoc przy załatwieniu pozwolenia na przejazd itp. Na nic zdają się nasze odmowy. Finalnie podchodzi policja i rozgania towarzystwo. Teraz najtrudniejsze: zdobyć pozwolenie SAT na wjazd motocykla. Z nowymi dokumentami, po około 2 godzinach - udaje się. Wjeżdżamy do Gwatemali!
Jedziemy przez malownicze góry, lasy i biedne wioski. Trochę inny świat, bardziej dziki. Ludzie w rzekach piorą ubrania. Trzeba nadrobić stracony czas na granicy. Nie ma czasu na zdjęcia. Nagle załamanie pogody, leje, nic nie widać, źle jechać. Plecak z aparatem i komputerem zamoczony. Zatrzymujemy się pod wiatą wokół nas ze 30 lokalsów każdy nami zainteresowany. Podpytujemy ich gdzie jest najbliżej, jaka droga, pogoda itp. Po pół godzinie przestaje. Ruszamy. Jesteśmy wysoko w górach, kompletnie przemoczeni i zaczyna być strasznie zimno. Szczękamy zębami. Wieczorem zajeżdżamy do miasta Quetzaltenango potocznie nazywane Xela.

Od Quetzaltenango


Znajdujemy hotel blisko centrum. Idziemy na rozeznanie. Po raz pierwszy usłyszeliśmy, że nie możemy gdzieś iść bo jest już za późno i jest to dla nas niebezpieczne. To już nie Meksyk.

Miasto miłe, otoczone prze 10 wulkanów, sporo turystów więc ceny dość wysokie. Niestety jest strasznie zimno. Niezła zmiana po parnej Tapachuli.

Od Quetzaltenango





Od Quetzaltenango



Drugą noc postanawiamy zanocować u Franklina. Musieliśmy czekać do 18 aż skończy prace. Cały dzień schodzi nam na poszukiwaniu zakładu, który zrobi nam numery rejestracyjne na kamizelkach i kaskach (obowiązkowe w Gwatemali i Kolumbii).Krążymy, zwiedzając strome uliczki, odsyłani od jednego zakładu do drugiego. Finalnie udaje nam się zostawić kamizelki.

Śpimy u Franklina który z zawodu jest przewodnikiem turystycznym. Wjazdu na jego osiedle strzeże ochroniarz z karabinem! Namieszał nam trochę w głowach, pozachwalał nowe miejsca i wytyczył dłuższą od zakładanej trasę.
Od Quetzaltenango




Z rana ruszamy do stolicy, 20km przed, zmiana planów i lądujemy w Antigua Guatemala. Miasta w kolonialnym stylu. 1000 metrów niżej i jest już trochę cieplej. Udaje nam się dostać pokój z widokiem na WULKAN !!!!! Hotel też niczego sobie.

Od Guatemala Antigua

Samo miasto bardzo urokliwe, kolonialna zabudowa gdzieniegdzie ruiny po trzęsieniu ziemi z przed niecałych 400 lat. Dużo pięknych zakamarków.

Od Guatemala Antigua

Od Guatemala Antigua


Miasto otoczone jest przez 4 wulkany z czego 2 czynne. Drugą noc spędzamy w innym hotelu, tym razem z internetem. Sprawdzamy różne trasy. Pói co najlepiej czujemy się na Karaibach, może podjedziemy do Hondurasu na wyspę, a może na plaże do El Salvadoru. Jest tyle miejsc wartych zobaczenia, rano postanowimy.

Pierwsze wrażenia z Gwatemali mieszane. Miał być raj niskich cen, a nie do końca tak jest. Jest za to zimno. Trzeba uważać na kanty i oszustwa. Motocykl już dwa razy nocował w hotelu :)

Większość sklepów i banków ma swojego ochroniarza z bronią.

A na koniec.

Pijemy soki owocowe bez dodatku wody i cukru za 3,50PLN za litr.

Wszystko pachnie cynamonem, a telefony komórkowe są poza zasięgiem.


Quetzaltenango


Guatemala Antigua

piątek, 5 listopada 2010

Granica, drugie podejście

Od rana lekki stres czy uda nam się wyrobić kartę? Szybkie tacos w mieście, wizyta w pierwszym biurze. Po chwili nowy adres, taksówka i pół godzinna kolejaka do okienka. Tam pierwsze rozmowy, wyjaśnienia, kolejny, trzeci adres na kartce, taksówka, jedziemy. Nowy urząd, tym razem na wolnym powietrzu. Ludzie składają papiery na prawo jazdy (bez egzaminu). Pierwsza, druga, trzecia rozmowa, kilka telefonów i mamy nowy adres, odpowiedniego urzędu. Miła konwersacja w taksówce, jaki to Meksyk ładny, papież był Polakiem, a USA przepłaca za narkotyki. I lądujemy w piątym urzędzie, tym razem Imigracyjnym Guatemali. Tam niespodziwanie zjawia się pan dobra rada El Salvador, który szybko wciela się w rolę adwokata, teoretycznie niczego nowego nie wnosząc do wyjaśnień, jednak sprawnie objaśnia jak to zgubiliśmy trajeta circular na plaży w Cancun. Pani w biurze z uśmiechem na twarzy zapisuje wszystko na kartce wraz z kolejnym adresem odpowedniego urzędu, zapewniając, że to koniec naszej tułaczki. Pan El Salvador bo z tamtąd pochodzi, ma potrójne obywatelstwo, napomina z uśmiechem o honorarium, w uścisku dłoni otrzymuje 10U$D poczym życzy miłej podróży. Z szóstego urzędu szybko zostaliśmy oddelegowani do kolejnego, po drodze skarżymy się przypadkowo napotkanemu mężczyźnie. Wykonał telefon, przed kolejnym urzędem czeka jego żona, krótka konwewrsacja, z uporem mianiaka tłumaczymy całą sytuację. Nagle cały urząd zainteresownay sprawą. Polskę mylą początkwo z USA ale po chwili poprawiają na Francję. Krótkie, doskonale nam już znane zrzucanie odpowiedzialności i otrzymujemy opieczentowany dokument, potwierdzający zagubienie trajeta circular. Czyżby to koniec naszych problemów z opusczeniem granicy? Prawdopodobnie tak! Wieczorem sprawdzmy email. Tam wiadomość od Nancy, stolica działa i próbuje zmobilizować poprzednich właścicilei do wyrobienia karty. Co jednak nie jest proste. My pozytwnie nastawieni planujemy w czwartek rano przekroczyć granicę, gdzie w Quetzaltenango, w Guatemaili czeka na nas Franklin.

środa, 3 listopada 2010

¡Tarjeta circulasion!

Do San Cristobal de las Casas dotarliśmy przed zmrokiem, w domu czekał na nas syn Adrianny, Paco. Nie tracąc czasu zaraz po rozpakowaniu bagaży udaliśmy się na spacer po mieście. San Cristobal miejscami przypomina Zakopane. Temperatura tutaj była już dużo niższa i potrzebowaliśmy kurtek. Miasto leży na wysokości 2700m.n.p.m i otoczone jest przez piękne góry Chiapas.
Od San Cristobal
W centrum roi się od Indian którzy sprzedają swoje kolorowe plecionki i tkaniny, co nadaje miastu niesamowity klimat. Przez cały wieczór pełno było od wrzasków wymalowanych i poprzebieranych dzieciaków, w końcu za 2 dni Haloween. Po powrocie do domu poznaliśmy Adriannę i jej męża którzy w przyszłym roku planują odwiedzić Polskę i Niemcy więc pytaniom nie było końca. Na drugi dzień już po 10 wraz z Adrianną i jej znajomymi odwiedziliśmy miescowy targ.Bylimy na wielu targach ale ten znacząco się różnił. Większość sprzedawców była indiańskiego pochodzenia, którzy wierzą, że każde zrobione im zdjecie odbiera im kawałek duszyoraz cowboyów, którzy zadzierąc nos parodiowali w kapeluszach po alejkach. To było naprawdę inne doświadczenie i oby takich więcej.

Od San Cristobal
Od San Cristobal
Trzeciego dnia z samego rana wyruszyliśmy do Guatemali. Kręta droga wiodła przez wspomniane góry Chiapas, po drodze spotkaliśmy zlot motocyklistów organizowany przez BMW w Meksyku. Było na nim około 100 uczestników, większość to piędziesięciolatkowie którzy na swoich nowych maszynach w asyscie mechaników, karetek i przewodników, pokonują malowniczą trasę przez góry.
Od San Cristobal

Około południa dotarliśmy do wyczekiwanej granicy. Na początku kontrola paszportowa, pieczątki wbite, 40 peso wpłacone, jescze tylko wiza na motocykl i jesteśmy w Guatemali. Pewnie podchodzę z dokumentami do kolejnego okienka ( SAT ) a tam Pan uprzejmie informuje mnie, iż nie posiadam "tarjeta circulacion" a bez tej karty nie możemy wjechać do Guatemali? Że co? Przecież w Mexico City zrobiliśmy wszystkie dokumenty, sprawdzaliśmy po urzędach z Adrianem aby uniknąć takich sytuacji. 2 godzinne prośby, tłumaczenia i wyjaśnienia nie przyniosły żadnego rezultatu. Panowie z SAT byli bezwzględni, tłumacząc, że to nie Meksyk i takie jest prawo. Strażnicy graniczni proponowali nam aby przejechać zieloną granicą, pieczątki już mamy, ale co z kolejną granicą z El Salvadorem? Tego już nie wiedzieli. Ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy w stronę drugiej granicy z Guatemalą. Po drodze telefon do Nancy z Mex.C aby próbowała odebrać kartę od poprzednich właścicieli. Droga była jescze bardziej kręta i przede wszystkim dzika. Pokonanie 160km zajęło nam ponad 4,5 godziny. Ponieważ ostatnią godzinę przejechaliśmy już zmęczeni po zmroku, zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Huixtla które bardziej od Meksyku przypominało Indie. Miescowość niewielka 2 hotele na krzyż, za to ceny najniższe w Meksyku, w końcu to najbiedniejszy region. Ludzie bardzo życzliwi i ciekawi wszystkiego a centrum pełne kolorów i roześmianych rodzin. Na drugi dzień już z rana wizyta w kafejce internetowej i dobra wiadomość od Nancy, kartę będzie miała po południu, scan wyśle na emai i prosi o adres na jaki ma nam wysłać oryginał :) Świetnie, jesteśmy uratowani! Szczęśliwi pakujemy motor i wyruszamy do większego miasta tuż obok granicy w którym planujemy poczekać na przesyłkę z kartą. Po godzinie dojeżdżamy do Tapachula, udzerza nas niesamowita duchota jaką doskonale pamiętamy z Hong Kongu. Sprawnie znajdujemy najtańszy jak dotychczas hotel (jak się później okazało w dzielnicy prostytutek które przedostają się tu z Ameryki Centralnej aby zarobić na tranzyt do USA), 100 peso za pokój i udajemy się na zapoznawczy spacer po centrum.

Rewelacji nie ma. Ale miasto miłe. Mamy wrażenie, że turyści tutaj raczej nie zaglądają , a do tego, że prawdopodobnie jesteśmy jedynymi białymi już przywykliśmy. Pod wieczór odwiedzamy kafejkę internetową, żeby zobaczyć czy skan karty już doszedł. Email od Nancy jest, otwieramy a tam nienajlepsze wieści. Poprzednia właścicielka nigdy nie miała takiej karty, posiada jedynie papierowy dokument na motor, który zresztą mamy potwierdzony pieczątką przez urząd w Mexico City. Jednak ten nie satysfakjonował urzęników na granicy :/ Znaczy się, że mamy problem... Podejmujemy próbę wyrobienia karty i za chwilę udajmy się do SAT w Tapachula gdzie po raz pierwszy usłyszeliśmy muchacho.
Miejmy nadziejê, kolejne wieœci z Guatemali.

San Cristobal