Do San Cristobal de las Casas dotarliśmy przed zmrokiem, w domu czekał na nas syn Adrianny, Paco. Nie tracąc czasu zaraz po rozpakowaniu bagaży udaliśmy się na spacer po mieście. San Cristobal miejscami przypomina Zakopane. Temperatura tutaj była już dużo niższa i potrzebowaliśmy kurtek. Miasto leży na wysokości 2700m.n.p.m i otoczone jest przez piękne góry Chiapas.
W centrum roi się od Indian którzy sprzedają swoje kolorowe plecionki i tkaniny, co nadaje miastu niesamowity klimat. Przez cały wieczór pełno było od wrzasków wymalowanych i poprzebieranych dzieciaków, w końcu za 2 dni Haloween. Po powrocie do domu poznaliśmy Adriannę i jej męża którzy w przyszłym roku planują odwiedzić Polskę i Niemcy więc pytaniom nie było końca. Na drugi dzień już po 10 wraz z Adrianną i jej znajomymi odwiedziliśmy miescowy targ.Bylimy na wielu targach ale ten znacząco się różnił. Większość sprzedawców była indiańskiego pochodzenia, którzy wierzą, że każde zrobione im zdjecie odbiera im kawałek duszyoraz cowboyów, którzy zadzierąc nos parodiowali w kapeluszach po alejkach. To było naprawdę inne doświadczenie i oby takich więcej.
Trzeciego dnia z samego rana wyruszyliśmy do Guatemali. Kręta droga wiodła przez wspomniane góry Chiapas, po drodze spotkaliśmy zlot motocyklistów organizowany przez BMW w Meksyku. Było na nim około 100 uczestników, większość to piędziesięciolatkowie którzy na swoich nowych maszynach w asyscie mechaników, karetek i przewodników, pokonują malowniczą trasę przez góry.
Około południa dotarliśmy do wyczekiwanej granicy. Na początku kontrola paszportowa, pieczątki wbite, 40 peso wpłacone, jescze tylko wiza na motocykl i jesteśmy w Guatemali. Pewnie podchodzę z dokumentami do kolejnego okienka ( SAT ) a tam Pan uprzejmie informuje mnie, iż nie posiadam "tarjeta circulacion" a bez tej karty nie możemy wjechać do Guatemali? Że co? Przecież w Mexico City zrobiliśmy wszystkie dokumenty, sprawdzaliśmy po urzędach z Adrianem aby uniknąć takich sytuacji. 2 godzinne prośby, tłumaczenia i wyjaśnienia nie przyniosły żadnego rezultatu. Panowie z SAT byli bezwzględni, tłumacząc, że to nie Meksyk i takie jest prawo. Strażnicy graniczni proponowali nam aby przejechać zieloną granicą, pieczątki już mamy, ale co z kolejną granicą z El Salvadorem? Tego już nie wiedzieli. Ze spuszczonymi głowami ruszyliśmy w stronę drugiej granicy z Guatemalą. Po drodze telefon do Nancy z Mex.C aby próbowała odebrać kartę od poprzednich właścicieli. Droga była jescze bardziej kręta i przede wszystkim dzika. Pokonanie 160km zajęło nam ponad 4,5 godziny. Ponieważ ostatnią godzinę przejechaliśmy już zmęczeni po zmroku, zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Huixtla które bardziej od Meksyku przypominało Indie. Miescowość niewielka 2 hotele na krzyż, za to ceny najniższe w Meksyku, w końcu to najbiedniejszy region. Ludzie bardzo życzliwi i ciekawi wszystkiego a centrum pełne kolorów i roześmianych rodzin. Na drugi dzień już z rana wizyta w kafejce internetowej i dobra wiadomość od Nancy, kartę będzie miała po południu, scan wyśle na emai i prosi o adres na jaki ma nam wysłać oryginał :) Świetnie, jesteśmy uratowani! Szczęśliwi pakujemy motor i wyruszamy do większego miasta tuż obok granicy w którym planujemy poczekać na przesyłkę z kartą. Po godzinie dojeżdżamy do Tapachula, udzerza nas niesamowita duchota jaką doskonale pamiętamy z Hong Kongu. Sprawnie znajdujemy najtańszy jak dotychczas hotel (jak się później okazało w dzielnicy prostytutek które przedostają się tu z Ameryki Centralnej aby zarobić na tranzyt do USA), 100 peso za pokój i udajemy się na zapoznawczy spacer po centrum.

Rewelacji nie ma. Ale miasto miłe. Mamy wrażenie, że turyści tutaj raczej nie zaglądają , a do tego, że prawdopodobnie jesteśmy jedynymi białymi już przywykliśmy. Pod wieczór odwiedzamy kafejkę internetową, żeby zobaczyć czy skan karty już doszedł. Email od Nancy jest, otwieramy a tam nienajlepsze wieści. Poprzednia właścicielka nigdy nie miała takiej karty, posiada jedynie papierowy dokument na motor, który zresztą mamy potwierdzony pieczątką przez urząd w Mexico City. Jednak ten nie satysfakjonował urzęników na granicy :/ Znaczy się, że mamy problem... Podejmujemy próbę wyrobienia karty i za chwilę udajmy się do SAT w Tapachula gdzie po raz pierwszy usłyszeliśmy muchacho.
Miejmy nadziejê, kolejne wieœci z Guatemali.
1 komentarz:
Kozacki post, fajne foty.
Prześlij komentarz