Nasza droga początkowo wiodła przez góry, kręte drogi i przez piękne widoki ośnieżonych szczytów.Naprawdę WOW!
| Od Droga do Cusco |
Gdy tylko zjechaliśmy na Panamericanę naszym oczom ukazał się zupełnie inny krajobraz, surowe góry i pastwiska ustąpiły, a po horyzont rozciągnęła się pustynia.
| Od Droga do Cusco |
Tego dnia pobiliśmy nasz rekord, pokonaliśmy ponad 560 km, w między czasie robiąc sobie przerwy na tankowanie i kontrole policyjne. Doświadczeni, tym razem wiedzieliśmy co mówić i nic nie zapłaciliśmy. :)
Od początku nie planowamyliśmy postoju w stolicy i chcieliśmy przejechać przez slamsowate przedmieście Limy. Ta ośmiomilionowa metropolia, niegdyś największe miasto Ameryki Południowej niestety dziś obrasta w śmieci, brud. Autostrada wiedzie przez całe miasto, toteż mogliśmy podziwiać to cudo przez 3,5 godziny, stojąc w korkach i jeżdżąc pod prąd.
Od Limy całe wybrzeże podzielone jest na plaże i nowowpowstałe osiedla mieszkalne.
| Od Playa Punta Hermosa |
Niska zabudowa, apartamentowce z widokiem na Ocean, baseny na tarasach i nowo posadzone palmy, a wszystko to w sąsiedztwie starych ruder. Kontrast jak w Afryce. Pod wieczór zajechaliśmy na jedno z takich osiedli, na Playa Hermosa. Żeby się tutaj dostać musieliśmy przejechać przez podwójny szlaban z prywatną ochroną. Trochę paranoja. Widocznie taki raj, że pilnują żebyś z niego nie uciekł.
Po porannym spacerze nad Oceanerm, w promieniach palącego Słońca ruszyliśmy w kierunku Pisco.
Po drodze zdaliśmy sobie sprawę, że jeżeli nie zajedziemy do Chile, to nie zobaczymy już więcej Oceanu Spokojnego podczas tej podróży.
Zatrzymaliśmy się więc na 2 noce w Paracas, kururcie oddalonym o 20 km od Pisco. Miasteczko typowo turystyczne. Grzecznie, spokojnie i cicho, a jednak przy sprzątaniu pokoju chiński MP3 player był znikł.
| Od Paracas |
Znakomite miejsce na podróż kulinarną.
| Od Paracas |
Przepyszne Ceviche czyli specjalność peruwiańskiej kuchni (surowa ryba marynowana w soku z limonki, prażone ziarna kukurydzy i cienko krojona czerwona cebula). Pycha!!!
Dodatkowo smażone przegrzebki, muszle, krewetki, kalmary, kraby i wodorosty. Wszystko świeże i niedrogie. Kulinarna rozpusta.
Rozstaliśmy się z ciepłym klimatem i przez góry pojechaliśmy w kierunku Cusco. Pierwszy nasz nocleg zaplanowaliśmy w Ayacucho. Pięknie zachowane kolonialne miasteczko, sympatyczni ludzie ale niestety zostaliśmy tylko jedną noc, było zimno i przeważnie padało.
Rano niespiesznie, pogoda nie sprzyjająca jednak ruszyliśmy dalej. Za Ayacucho skończył się asfalt i rozpoczął tor przeszkód przygotowany przez drogowców. Droga fatalna, błoto, co chwila dwudziesto minutowe postoje podczas pracy koparek, a wszystko to w strugach deszczu. Czasami nie wiedzieliśmy jak udało nam się przejechać przez te wszystkie błotne potoki.
| Od Droga do Cusco |
Co kilometr to przygoda. Wraz z zakończeniem robót drogowych skończyła się ta błotnista masakra. Droga była teraz piaskowo-szutrowa i wiodła przez płaskowyż na wysokości ponad 4000 m. n.p.m . Niesamowite widoki. małe jeziorka i jaskrawa zieleń.
| Od Droga do Cusco |
Prawdopodobnie ciśnienie zablokowało nam tylni hamulec i od tego momentu podróżowaliśmy bez, polegając tylko na przednim. Duży dyskomfort i łatwo o wywrotkę, szczególnie przy zjeździe z górki, o ironio zaliczyliśmy wywrotkę przy postoju.
Zmęczeni zatrzymaliśmy się na noc we wsi Ocros i to był strzał w dziesiątkę. Pokój wynajęliśmy u Indianki w chacie.
Wyposażony był w łóżka, stół, krzesła i nocnik. Chociaż wynajęliśmy podwójny, tę noc spędziliśmy we trójkę.
| Od Ocros |
Łazienkę rodzina miała na podwórku. Wszystkie luksusy z zimną wodą włącznie.
Wyjścia mieliśmy dwa na ulicę i zagrodę.
Obeszliśmy wszystkie sklepy spożywcze wokół placu głównego, co by jakieś jedzenie kupić.
Turyści raczej rzadko tu bywają. Dostaliśmy pochwałę za nasz kastylijski.(wtf?). Niesamowity, nienaruszony, wiejski klimat. Bardzo nam się podobało.
| ||
Kolejny dzień podróży to przygoda przez bezdroża z ciągle zblokowanym hamulcem. Z powodu silnych opadów deszczu pozamykano drogi i wytyczono objazdy przez wsie. |
Ostatnie trzy godzinny z powodu osuwiska spędziliśmy czekając na przejazd przed Andahuaylas .
Jak się później okazało, nie ostatniej na naszej drodze.
Zanocowaliśmy w autentycznym hotelu ruderze. Wszystko się rozpadało, nic do siebie nie pasowało, a pościeli dawno nikt nie zmieniał! Ale co zrobić spać gdzieś trzeba, a w ulewie i błocie pod namiotem w Peru to kiepski pomysł.
Wieczorem miasteczko ożyło, nawet jakiś festyn był z muzyką na żywo, ale niestety padało i smutno było również.
Całe szczęście pogoda poprawiła się nad ranem i z nadzieją na słońce pojechaliśmy w kierunku Abancay. Wraz z wjazdem do tego miasta znowu wjechaliśmy na asfalt i skończyła się nasza 400 kilometrowa przygoda przez szutry. Prawdziwa Aventura!
Byliśmy coraz bliżej Machu Pichu, emocje trzymają. Dlatego następnego dnia już wcześnie rano wyjechaliśmy z Abancay żeby jeszcze przed zmierzchem dojechać do Cusco.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy mężczyźnie na rowerze. Podobnych do niego minęliśmy przez naszą drogę kilkunastu ale rzadko mieliśmy okazję porozmawiać. Tym razem poznaliśmy trzydziesto letniego Włocha, który od trzech lat samotnie zjeżdża na kolarzówce z Kanady do Argentyny. Nieźle zakręcony, w tym roku planuje zakończyć swoją podróż i powrócić na Sycylię.
Po 200 kilometrach krętej drogi, szczęśliwi dojechaliśmy do Cusco.
Idealnie zachowana kolonialna architektura i inkaskie ruiny. Pierwsze tak turystyczne miasto na naszej drodze. Na każdym rogu nie wiedząc czemu panie oferują nam masaże, manicure i depilacje, a panowie natomiast pod nos podtykają menu ładnych i drogich restauracji.
Już po pierwszym wieczornym spacerze byliśmy pod wrażeniem. Cusco jest bardziej europejskie niż się spodziewaliśmy, bogate w zabytki i agencje turystyczne ale jednocześnie autentyczne. Bardzo szybko odnaleźliśmy naszą przyszłą jadłodajnię. Okazało się, że w Cusco jest niesamowity "Mercado Central", czyli to co uwielbiamy. Jak na prawdziwe targowisko przystało jest wszystko:
wyroby rzemieślnicze
kwiaty, warzywa
mięsa
stanowiska ze świeżo wyciskanymi sokami z owoców i warzyw
i ponad dwadzieścia stanowisk gastronomicznych z przepysznym kotletami!
Tak! Tutaj smażona pierś kurczaka identyczna jak polski kotlet schabowy. Nazywa się "Maineza de Pollo" podawany jest za to do wyboru z frytkami, ryżem, makaronem, a nawet fasolą.
Korzystając z okazji naprawy hamulca w serwisie wymieniliśmy przednią oponę na nową. Ta nie radziła już sobie w terenie.
Po dwóch dniach spędzonych głównie na zwiedzaniu wyjechaliśmy na podbój "Machu Pichu". Drogę znaliśmy z wpisu Pelikanochomika, wielkie dzięki! Plan był taki, że dojeżdżamy do hydroelektrowni, na posterunku policji zostawiamy motor z bagażami i po dwu godzinnym spacerze wzdłuż torów zanocujemy w Agua Calientes skąd wychodzi się na Machu Pichu.
Od samego rana świeciło słońce, zmarzliśmy jedynie na płaskowyżu na wysokości ponad 4300m n.p.m. Uwielbiamy te odcinki, są nieziemskie, wysoko w chmurach, zupełnie inny świat i wymiar.
Po 160 kilometrach skończył się asfalt i wraz z tropikalną roślinnością i temperaturą pojawiły się dobrze znane nam obrazki "Hombres trabajado" czyli panie i panowie drogowcy przy pracy. Tym razem jednak jakiś problem. Pani krzyczy, że nie puści nas przed 18 bo pracują.
-Jak to a Machu Pichu? Mówimy, że po zmierzchu nie jeździmy itp. Na litość próbujemy.
Opowiada, że góra się zawaliła zdziwiona, że nic nie wiemy. Nie pozwala nam przejechać.
Trudno, samowolnie przekraczamy szlaban zaraz za busem, który zrobił to samo. W tumanach kurzu przejeżdżamy jakieś 10 kilometrów i stajemy w korku. Faktycznie góra się zawaliła, przejazdu nie ma.
Od miejscowych dowiadujemy się, że ostatnie takie ulewy miały miejsce 13 lat temu.
Wygląda niebezpiecznie, co chwila spadają kolejne kamienie, a nawet głazy. Najwięcej dostaje się koparkom, które próbują odkopać drogę.
Filmik poniżej:
Jesteśmy jednak pełni pozytywnej energii. Była jakaś druga po południu, słońce świeciło w pełni i optymistyczna wersja była taka, że za 3 godziny będzie przejezdna. Po 3,5 godzinach czekania udało się. Akcja niesamowita. Pierwsi przebiegli piesi, nas puścili jako drugich jeszcze przed samochodami. Drogowcy co chwila wstrzymywali ruch bo z góry spadały kamienie.
Uff udało się przejechać chociaż łatwo nie było, ostre kamienie, nierówno, strach, że na głowę kamień spadnie.
Miejscami droga rozjeżdżona przez ciężarówki, ciężko jechać, zaczyna padać. Dojeżdżamy do Santa Maria i znowu korek. Turyści wychodzą z busów. Co jest? Zawaliła się kolejna góra, tym razem nie ma szans, dzisiaj nie przejedziemy. O tej porze nikt już nie pracuje. Wszyscy zmuszeni są nocować w Santa Maria.
Z łatwością znajdujemy wolny pokój, wioska jest świetnie przygotowana na tego typu sytuacje. Dużo hospodaje, sklepy i restauracja.
W sumie się cieszymy, byliśmy już zmęczeni przez czekanie w palącym słońcu. Rozwiesiliśmy gdzie się dało mokre ubrania i poszliśmy wypytać gdzie można smacznie zjeść. Dostaliśmy namiar na wyśmienitego kurczaka z frytkami.
Rano zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy, podobno drogowcy już pracowali. Główna droga była zamknięta ale wyznaczyli objazd antyczną wiodącą przez małe puebla.
Praktycznie same skarpy, wymagająca i męcząca trasa. Po ponad godzinie dojechaliśmy do potężnego strumienia, który przecinał nam drogę.
Chwile zwątpienia, co dalej? Woda głęboka do gumowców się leje, Na dnie mnóstwo śliskich kamieni, jak się przewróci motor to kaplica.
Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Motor przeprawiony. Szedł po niemiecku.
Nie najechaliśmy się jednak za daleko, stajemy w kolejnym korku. Rabamba! Góra przez padające w
nocy deszcze obsunęła się jeszcze bardziej i udrożnienie przejazdu potrwa kilka godzin. Zostaliśmy uziemieni, a do Santa Teresa jest tylko 5 minut drogi. W między czasie jak zwykle w takich sytuacjach pojawili się sprzedawcy obiadów, ciast i napojów. Czas szybko mijał na rozmowach z lokalsami w między czasie dowiedzieliśmy się, że ze względu na przebudowy nie ma już posterunku przy hydroelektrowni.
Jak tylko nas puścili zatrzymaliśmy się u policji w Santa Terasa. Bez problemu zostawiliśmy motor i zbędne bagaże.
Z małymi plecakiem ruszyliśmy pieszo do hydroelektrowni skąd wzdłuż torów prowadzi droga do Agua Calientes. Jeszcze w miasteczku wystawiamy kciuka, krzyczymy. Zatrzymuje się ciężarówka. Kierowca może przewieść nas na pace.ok. Jedzie się 20 minut, a spaceruje 2 godziny. Pewnie, że jedziemy! Wspinamy się po kartonach na załadunek. Kierowca przed zamknięciem drzwi upewnia się czy nie palimy?
-Nie, a co to ma do tego? Nie odpowiedział, zamknął drzwi.
Podskakiwaliśmy na każdym wyboju zgniatając kartony z napisem "Explosive", śmialiśmy się, że to dynamit, obrazek jak w kreskówce, ciężarówka pełna materiałów wybuchowych, które skaczą na nierównościach.
Filmik poniżej:
Na miejscu podziękowaliśmy za podwózkę i ruszyliśmy w stronę Agua Calientes. Po 5 minutach słyszymy stop, No Pase, przejścia nie ma!. Panowie z elektrowni krzyczą, że wysadzają tu skały dynamitem który właśnie przyjechał.
Pokazujemy na samochód z którego właśnie wyszliśmy. Tak, odpawiadają. Upss. Czyli jednak na prawdę jechaliśmy w ciężarówce pełnej dynamitu! Niezła przygoda! Nie ma co. Ciągle się śmiejemy jak to wspominamy.
Po dwóch godzinach spaceru zadowoleni jesteśmy na miejscu.
W miasteczku nastawionym na maksymalny wyzysk, w którym istnieje zmowa cenowa jeżeli chodzi o nocleg czy jedzenie. Z trudem znajdujemy hostel z internetem, na którym nam najbardziej zależało. Postanowiliśmy, że odpoczniemy jeden dzień zanim pójdziemy na Machu Pichu. Rano niezadowoleni brakiem netu, zmieniliśmy hostel na lux apartament w tej samej cenie. Telewizja kablowa, wifi, ciepła woda i pachnące mydło :)
Bilety na ruiny Inków strasznie drogie 126zł od osoby! Cieszymy się, że nie korzystamy z jeszcze droższej kolei czy busów dowożących na górę i trasę pokonujemy samodzielnie.
O 3 rano pobudka, szybkie pakowanie kanapek na drogę (patent na tuńczyka z majonezem dawno opracowany). Po 4:30 czekamy przed bramą na otwarcie mostu. Początkowo jest około 20 osób, jednak z minuty na minutę robi się prawie setka. Bramę otworzono przed 5.00 i wszyscy wyruszyliśmy pod górę. Po 35 minutach ostrego i wyczerpującego marszu dotarliśmy pod główne wejście. W kolejce czekaliśmy do 6.00. Przeszliśmy przez bramę i naszym oczom jako jednym z pierwszych tego dnia, ukazały się ruiny Machu Pichu.
Majestatycznie położone. Bajeczne widoki wywarły nas nas niesamowite wrażenie.
Wędrowaliśmy pomiędzy budowlami napawając się zjawiskowym widokiem.
Poranna pobudka zrobiła swoje i zdrzemnęliśmy się pół godziny na olbrzymim głazie w centrum miasteczka, marząc, że takie miasto naprawdę istnieje. Fajnie by było pomieszkać sobie przez chwilę w takim.
Trzeba przyjechać i zobaczyć.
Napełnieni energią wróciliśmy do Agua Calientes.
Dla zainteresowanych najtańsza, a pewnie i najsmaczniejsza opcja żywieniowa znajduje się na pierwszym piętrze "Mercado Central".
Tam też na drugi dzień zjedliśmy śniadanie i w strugach deszczu wróciliśmy do hydroelektrowni. Padało jeszcze mocniej i taksówkarz zgodził się nas zabrać za 10 pln do Santa Teresa. Świetnie nie musieliśmy dalej przemoczeni wędrować jakieś dwie godziny.
Na miejscu okazało się, że o dalszej podróży nie mamy po co marzyć, zawaliła się ta sam góra co wcześniej. Porobiliśmy kilka fotek w miasteczku i zmuszeni do noclegu wyruszyliśmy dopiero następnego ranka.
Odebraliśmy od policjantów motor i bagaże odwdzięczając się 2,5 litrową colą i wafelkami., (tak doradziła nam sklepowa).
Jechaliśmy dosyć szybko znając warunki i chcąc zdążyć jeszcze tego samego dnia do Cusco.
Niestety jeszcze przed Santa Maria po przejechaniu 15.000 km złapaliśmy pierwszą w naszej podróży gumę.
Szybka akcja, zatrzymujemy samochód. Rafał siedzi już na pace z kołem, Dorota pilnuje bagaży.
Dotkę odwiedzają kobiety ze wsi z dziećmi, które to towarzyszyły nam do końca zdarzenia.
Dwie dziury w dętce zaklejone u wulkanizatora. Po dwóch godzinach znowu razem. We dwójkę udało nam się przykręcić tylne koło ale coś blokowało hamulec i musieliśmy zajechać do wulkanizacji.
Reszta drogi bez podobnych przygód.
Na noc zatrzymaliśmy się w Chichero. Sympatyczna mieścinka z ruinami przy targowisku.
Jedną noc zostaliśmy w Cusco. Wzbogaciliśmy się o zapasową dętkę, nożną pompkę i klawiaturę (już drugą).
Skąd wyruszyliśmy do Puno, które leży przy Jeziorze Tikikaka, które zaś jest granicą z Boliwią.
Puno przypadło nam do gustu. Powrót do korzeni. Właśnie odbywał się festiwal religijny, ponoć największy w Ameryce Południowej. Co raz odbywały się występy, grupy poubierane w tradycyjne, abstrakcyjne stroje. Piwo lało się strumieniami, nawet kobiety piły, czego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Niestety jak to w porze deszczowej zwykle bywa, padało non stop i nie mamy żadnych zdjęć.
Nie mogliśmy się doczekać Boliwii.
Teraz jesteśmy już w La Paz, w stolicy ale o tym w kolejnym poście
.
Jak się później okazało, nie ostatniej na naszej drodze.
Zanocowaliśmy w autentycznym hotelu ruderze. Wszystko się rozpadało, nic do siebie nie pasowało, a pościeli dawno nikt nie zmieniał! Ale co zrobić spać gdzieś trzeba, a w ulewie i błocie pod namiotem w Peru to kiepski pomysł.
Wieczorem miasteczko ożyło, nawet jakiś festyn był z muzyką na żywo, ale niestety padało i smutno było również.
Całe szczęście pogoda poprawiła się nad ranem i z nadzieją na słońce pojechaliśmy w kierunku Abancay. Wraz z wjazdem do tego miasta znowu wjechaliśmy na asfalt i skończyła się nasza 400 kilometrowa przygoda przez szutry. Prawdziwa Aventura!
Byliśmy coraz bliżej Machu Pichu, emocje trzymają. Dlatego następnego dnia już wcześnie rano wyjechaliśmy z Abancay żeby jeszcze przed zmierzchem dojechać do Cusco.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy mężczyźnie na rowerze. Podobnych do niego minęliśmy przez naszą drogę kilkunastu ale rzadko mieliśmy okazję porozmawiać. Tym razem poznaliśmy trzydziesto letniego Włocha, który od trzech lat samotnie zjeżdża na kolarzówce z Kanady do Argentyny. Nieźle zakręcony, w tym roku planuje zakończyć swoją podróż i powrócić na Sycylię.
Po 200 kilometrach krętej drogi, szczęśliwi dojechaliśmy do Cusco.
| Od Cusco |
| Od Cusco |
Idealnie zachowana kolonialna architektura i inkaskie ruiny. Pierwsze tak turystyczne miasto na naszej drodze. Na każdym rogu nie wiedząc czemu panie oferują nam masaże, manicure i depilacje, a panowie natomiast pod nos podtykają menu ładnych i drogich restauracji.
Już po pierwszym wieczornym spacerze byliśmy pod wrażeniem. Cusco jest bardziej europejskie niż się spodziewaliśmy, bogate w zabytki i agencje turystyczne ale jednocześnie autentyczne. Bardzo szybko odnaleźliśmy naszą przyszłą jadłodajnię. Okazało się, że w Cusco jest niesamowity "Mercado Central", czyli to co uwielbiamy. Jak na prawdziwe targowisko przystało jest wszystko:
wyroby rzemieślnicze
| Od Cusco |
kwiaty, warzywa
| Od Cusco |
mięsa
| Od Cusco |
stanowiska ze świeżo wyciskanymi sokami z owoców i warzyw
| Od Cusco |
i ponad dwadzieścia stanowisk gastronomicznych z przepysznym kotletami!
Tak! Tutaj smażona pierś kurczaka identyczna jak polski kotlet schabowy. Nazywa się "Maineza de Pollo" podawany jest za to do wyboru z frytkami, ryżem, makaronem, a nawet fasolą.
Korzystając z okazji naprawy hamulca w serwisie wymieniliśmy przednią oponę na nową. Ta nie radziła już sobie w terenie.
Po dwóch dniach spędzonych głównie na zwiedzaniu wyjechaliśmy na podbój "Machu Pichu". Drogę znaliśmy z wpisu Pelikanochomika, wielkie dzięki! Plan był taki, że dojeżdżamy do hydroelektrowni, na posterunku policji zostawiamy motor z bagażami i po dwu godzinnym spacerze wzdłuż torów zanocujemy w Agua Calientes skąd wychodzi się na Machu Pichu.
Od samego rana świeciło słońce, zmarzliśmy jedynie na płaskowyżu na wysokości ponad 4300m n.p.m. Uwielbiamy te odcinki, są nieziemskie, wysoko w chmurach, zupełnie inny świat i wymiar.
| Od Droga do Machu Pichu |
Po 160 kilometrach skończył się asfalt i wraz z tropikalną roślinnością i temperaturą pojawiły się dobrze znane nam obrazki "Hombres trabajado" czyli panie i panowie drogowcy przy pracy. Tym razem jednak jakiś problem. Pani krzyczy, że nie puści nas przed 18 bo pracują.
-Jak to a Machu Pichu? Mówimy, że po zmierzchu nie jeździmy itp. Na litość próbujemy.
Opowiada, że góra się zawaliła zdziwiona, że nic nie wiemy. Nie pozwala nam przejechać.
Trudno, samowolnie przekraczamy szlaban zaraz za busem, który zrobił to samo. W tumanach kurzu przejeżdżamy jakieś 10 kilometrów i stajemy w korku. Faktycznie góra się zawaliła, przejazdu nie ma.
| Od Droga do Machu Pichu |
Od miejscowych dowiadujemy się, że ostatnie takie ulewy miały miejsce 13 lat temu.
Wygląda niebezpiecznie, co chwila spadają kolejne kamienie, a nawet głazy. Najwięcej dostaje się koparkom, które próbują odkopać drogę.
Filmik poniżej:
![]() |
| Od Droga do Machu Pichu |
Jesteśmy jednak pełni pozytywnej energii. Była jakaś druga po południu, słońce świeciło w pełni i optymistyczna wersja była taka, że za 3 godziny będzie przejezdna. Po 3,5 godzinach czekania udało się. Akcja niesamowita. Pierwsi przebiegli piesi, nas puścili jako drugich jeszcze przed samochodami. Drogowcy co chwila wstrzymywali ruch bo z góry spadały kamienie.
Uff udało się przejechać chociaż łatwo nie było, ostre kamienie, nierówno, strach, że na głowę kamień spadnie.
Miejscami droga rozjeżdżona przez ciężarówki, ciężko jechać, zaczyna padać. Dojeżdżamy do Santa Maria i znowu korek. Turyści wychodzą z busów. Co jest? Zawaliła się kolejna góra, tym razem nie ma szans, dzisiaj nie przejedziemy. O tej porze nikt już nie pracuje. Wszyscy zmuszeni są nocować w Santa Maria.
Z łatwością znajdujemy wolny pokój, wioska jest świetnie przygotowana na tego typu sytuacje. Dużo hospodaje, sklepy i restauracja.
W sumie się cieszymy, byliśmy już zmęczeni przez czekanie w palącym słońcu. Rozwiesiliśmy gdzie się dało mokre ubrania i poszliśmy wypytać gdzie można smacznie zjeść. Dostaliśmy namiar na wyśmienitego kurczaka z frytkami.
Rano zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy, podobno drogowcy już pracowali. Główna droga była zamknięta ale wyznaczyli objazd antyczną wiodącą przez małe puebla.
Praktycznie same skarpy, wymagająca i męcząca trasa. Po ponad godzinie dojechaliśmy do potężnego strumienia, który przecinał nam drogę.
Chwile zwątpienia, co dalej? Woda głęboka do gumowców się leje, Na dnie mnóstwo śliskich kamieni, jak się przewróci motor to kaplica.
| Od Droga do Machu Pichu |
Nikt nie mówił, że będzie lekko.
Motor przeprawiony. Szedł po niemiecku.
Nie najechaliśmy się jednak za daleko, stajemy w kolejnym korku. Rabamba! Góra przez padające w
nocy deszcze obsunęła się jeszcze bardziej i udrożnienie przejazdu potrwa kilka godzin. Zostaliśmy uziemieni, a do Santa Teresa jest tylko 5 minut drogi. W między czasie jak zwykle w takich sytuacjach pojawili się sprzedawcy obiadów, ciast i napojów. Czas szybko mijał na rozmowach z lokalsami w między czasie dowiedzieliśmy się, że ze względu na przebudowy nie ma już posterunku przy hydroelektrowni.
Jak tylko nas puścili zatrzymaliśmy się u policji w Santa Terasa. Bez problemu zostawiliśmy motor i zbędne bagaże.
Z małymi plecakiem ruszyliśmy pieszo do hydroelektrowni skąd wzdłuż torów prowadzi droga do Agua Calientes. Jeszcze w miasteczku wystawiamy kciuka, krzyczymy. Zatrzymuje się ciężarówka. Kierowca może przewieść nas na pace.ok. Jedzie się 20 minut, a spaceruje 2 godziny. Pewnie, że jedziemy! Wspinamy się po kartonach na załadunek. Kierowca przed zamknięciem drzwi upewnia się czy nie palimy?
-Nie, a co to ma do tego? Nie odpowiedział, zamknął drzwi.
Podskakiwaliśmy na każdym wyboju zgniatając kartony z napisem "Explosive", śmialiśmy się, że to dynamit, obrazek jak w kreskówce, ciężarówka pełna materiałów wybuchowych, które skaczą na nierównościach.
| Od Droga do Machu Pichu |
![]() |
| Od Droga do Machu Pichu |
Na miejscu podziękowaliśmy za podwózkę i ruszyliśmy w stronę Agua Calientes. Po 5 minutach słyszymy stop, No Pase, przejścia nie ma!. Panowie z elektrowni krzyczą, że wysadzają tu skały dynamitem który właśnie przyjechał.
Pokazujemy na samochód z którego właśnie wyszliśmy. Tak, odpawiadają. Upss. Czyli jednak na prawdę jechaliśmy w ciężarówce pełnej dynamitu! Niezła przygoda! Nie ma co. Ciągle się śmiejemy jak to wspominamy.
Po dwóch godzinach spaceru zadowoleni jesteśmy na miejscu.
| Od Machu Pichu |
W miasteczku nastawionym na maksymalny wyzysk, w którym istnieje zmowa cenowa jeżeli chodzi o nocleg czy jedzenie. Z trudem znajdujemy hostel z internetem, na którym nam najbardziej zależało. Postanowiliśmy, że odpoczniemy jeden dzień zanim pójdziemy na Machu Pichu. Rano niezadowoleni brakiem netu, zmieniliśmy hostel na lux apartament w tej samej cenie. Telewizja kablowa, wifi, ciepła woda i pachnące mydło :)
Bilety na ruiny Inków strasznie drogie 126zł od osoby! Cieszymy się, że nie korzystamy z jeszcze droższej kolei czy busów dowożących na górę i trasę pokonujemy samodzielnie.
O 3 rano pobudka, szybkie pakowanie kanapek na drogę (patent na tuńczyka z majonezem dawno opracowany). Po 4:30 czekamy przed bramą na otwarcie mostu. Początkowo jest około 20 osób, jednak z minuty na minutę robi się prawie setka. Bramę otworzono przed 5.00 i wszyscy wyruszyliśmy pod górę. Po 35 minutach ostrego i wyczerpującego marszu dotarliśmy pod główne wejście. W kolejce czekaliśmy do 6.00. Przeszliśmy przez bramę i naszym oczom jako jednym z pierwszych tego dnia, ukazały się ruiny Machu Pichu.
| Od Machu Pichu |
Majestatycznie położone. Bajeczne widoki wywarły nas nas niesamowite wrażenie.
| Od Machu Pichu |
Wędrowaliśmy pomiędzy budowlami napawając się zjawiskowym widokiem.
| Od Machu Pichu |
Poranna pobudka zrobiła swoje i zdrzemnęliśmy się pół godziny na olbrzymim głazie w centrum miasteczka, marząc, że takie miasto naprawdę istnieje. Fajnie by było pomieszkać sobie przez chwilę w takim.
Trzeba przyjechać i zobaczyć.
| Od Machu Pichu |
Napełnieni energią wróciliśmy do Agua Calientes.
Dla zainteresowanych najtańsza, a pewnie i najsmaczniejsza opcja żywieniowa znajduje się na pierwszym piętrze "Mercado Central".
Tam też na drugi dzień zjedliśmy śniadanie i w strugach deszczu wróciliśmy do hydroelektrowni. Padało jeszcze mocniej i taksówkarz zgodził się nas zabrać za 10 pln do Santa Teresa. Świetnie nie musieliśmy dalej przemoczeni wędrować jakieś dwie godziny.
Na miejscu okazało się, że o dalszej podróży nie mamy po co marzyć, zawaliła się ta sam góra co wcześniej. Porobiliśmy kilka fotek w miasteczku i zmuszeni do noclegu wyruszyliśmy dopiero następnego ranka.
| Od Machu Pichu |
Odebraliśmy od policjantów motor i bagaże odwdzięczając się 2,5 litrową colą i wafelkami., (tak doradziła nam sklepowa).
Jechaliśmy dosyć szybko znając warunki i chcąc zdążyć jeszcze tego samego dnia do Cusco.
Niestety jeszcze przed Santa Maria po przejechaniu 15.000 km złapaliśmy pierwszą w naszej podróży gumę.
| Od Droga do Machu Pichu |
Szybka akcja, zatrzymujemy samochód. Rafał siedzi już na pace z kołem, Dorota pilnuje bagaży.
Dotkę odwiedzają kobiety ze wsi z dziećmi, które to towarzyszyły nam do końca zdarzenia.
Dwie dziury w dętce zaklejone u wulkanizatora. Po dwóch godzinach znowu razem. We dwójkę udało nam się przykręcić tylne koło ale coś blokowało hamulec i musieliśmy zajechać do wulkanizacji.
Reszta drogi bez podobnych przygód.
Na noc zatrzymaliśmy się w Chichero. Sympatyczna mieścinka z ruinami przy targowisku.
| Od Chichero |
| Od Chichero |
Jedną noc zostaliśmy w Cusco. Wzbogaciliśmy się o zapasową dętkę, nożną pompkę i klawiaturę (już drugą).
Skąd wyruszyliśmy do Puno, które leży przy Jeziorze Tikikaka, które zaś jest granicą z Boliwią.
| Od W drodze do Boliwii |
Puno przypadło nam do gustu. Powrót do korzeni. Właśnie odbywał się festiwal religijny, ponoć największy w Ameryce Południowej. Co raz odbywały się występy, grupy poubierane w tradycyjne, abstrakcyjne stroje. Piwo lało się strumieniami, nawet kobiety piły, czego nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Niestety jak to w porze deszczowej zwykle bywa, padało non stop i nie mamy żadnych zdjęć.
Nie mogliśmy się doczekać Boliwii.
Teraz jesteśmy już w La Paz, w stolicy ale o tym w kolejnym poście
.
![]() |
| Droga do Cusco |
![]() |
| Playa Punta Hermosa |
![]() |
| Paracas |
![]() |
| Ocros |
![]() |
| Ayacucho |
![]() |
| Abancay |
![]() |
| Cusco |
![]() |
| Machu Pichu |
![]() |
| Chichero |
![]() |
| Droga do Machu Pichu |
![]() |
| W drodze do Boliwii |












