Mexico, Mexico, Mexico ! 22 godziny na nogach.
Jeżeli w Europie funkcjonuje powiedzenie zobaczyć Neapol i umrzeć to Latynoamerykańskim odpowiednikiem bez wątpienia jest zobaczyć Meksyk i umrzeć, o ile nie zostanie się przejechanym przez szalonych kierowców ;) a dokładnie 2 dzień w Mexico City wygłądał tak...
Po obfitym śniadaniu nasz Amigo Adrian zabrał Nas do głównego centrum stolicy, przygody zaczęły się już przy próbie wymiany waluty gdzie bez dokumentów (którch przy sobie nie mieliśmy, bo i po co :) wymiana nie jest możliwa, przy okazji dowiedzieliśmy się o meksykańskim triku złodziei ( wszyscy począwszy od osoby w okienku wymiany a na taksówkarzu kończąc) są ze sobą powiązani i przy większej tranzakcji ślędzą swoją ofiarę do końca...
Po skorzystaniu z dobrodziejstw cahero machiny, metrem dojechaliśmy do centrum.
To ogromne 20 milionowe miasto zachwyca już od początku. Wszystko i wszyscy są tutaj wyluzowani i nikt nie wchodzi sobie w paradę. Przepiękna pochylona Katedra, a na przeciwko na placu 10 metrowa prezerwatywa promująca bezpieczny sex a wszystko to udekorowane kolorowo ozdobionymi budynkami z okazji 200 lecia niepodległości Meksyku.
Zwiedzanie miasta to sama przyjemność, nie bez powodu W.Cejrowski nazywa Mexico City swoją kochanką i miastem wolności.
To zdecydowanie miasto tolerancji i równowagi. Widzieliśmy zarówno kościoły jak i ołtarze "Sante Muerte".
Dzielnice przepełnione miłością homoseksulną jak i męskie prostytytki w szpilkach.
Protestujących mieszkańców, gotów i ulicznych kaznodzieji głoszących swoją prawdę przez megafony.
Wszyscy się uśmiechają, są dla siebie mili, każdy robi co, gdzie i jak chce a policja jest jedynie aby być policją:)
Przebieganie z Adrianem przez ulice jak sam nazywa "Mexican style" to istne szaleństwo, reguła jest prosta, trzeba szybko biec i zdecydowanie uważać na kierowców małych autobusów, dla których pogoń za pieszymi to prawdziwa frajda :D
Miasto się nie kończy i z pewnością nigdy nie zasypia. Mogliśmy się o tym przekonać od 22.00 kiedy po całodziennym zwiedzaniu wlądowaliśmy w pubie na koncercie "Rock division" znajomych mamy Adriana, która swoją drogą jest wulkanem energii.
Koncert był profesjonalny i mocny jak tequila, którą taniej kupić na butelki :)
Podnoszone toasty przez muzyków na naszą cześć i wszystkich Polaków o 3.00 zakończyłyby wieczór ale do domu trzeba jakoś wrócić...
W Mexico City gdzie jak sami mieszkańcy twierdzą wszystko jest możliwe zasady są bardzo proste. Dla przykładu "najtrzeźwiejszy prowadzi" i tak o to o 3 nad ranem dowiozłem naszą czwórkę szczęśliwie do domu omijając dziury i trąbiąc do zapracowanych o tej porze papasitów ;)
![]() |
| meksyk |

