piątek, 24 grudnia 2010

Panama ach Panama.

Granica z Panamą okazała się być wyjątkowo rzadko uczęszczaną, prawie nie było ruchu, a wszystkie formalności załatwiliśmy sprawnie jak nigdy. Kostarykę i Panamę odgradza rzeka. Wystarczyło przejechać przez most aby znaleźć się w Guabirto na granicy Panamy. Po środku mostu ułożone były tory kolejowe, a po bokach nierównomiernie deski. Nie wyglądało to za ciekawie. Maksymalna prędkość to jakieś 8 km/h, przy naszym obciążeniu manewrowanie motocyklem (razem z nami ponad 350 kg) stało się niemożliwe. Dotka zeszła z motoru. Rafałek ze stresem pokonuje kolejne 30 metrów, nagle spod kół dobiega odgłos wrrr, wrrr to koło utknęło w szczelinie, wszyscy na moście stanęli, " Co zrobi gringo?", barierek ochronnych już nie ma, skończyły się mniej więcej w połowie drogi i nie było żadnego zabezpieczenia, a most wisiał na wysokości około 20 metrów nad rwącą rzeką. Rafek wykazał się zimną krwią i na szczęście udało się, bezpiecznie przejechać.
Od Bequete


Na granicy spotkaliśmy naszego znajomego Francuza, jadącego samotnie na Hondzie z Salwadoru do Panamy.
W drodze do wyspę Boca del Toro zachwycaliśmy się krajobrazem i przeoczyliśmy skręt o 70km więc musieliśmy zawracać :/
Na miejscu promu już nie było, ostatni odpłynął o godzinie 18, a że deszcz nieprzerwanie padał, noc spędziliśmy w hotelu w miasteczku. Rano pogoda bez zmian, trudno, rezygnujemy z wyjazdu na Isla Bocas del Toro i postananawiamy jechać prosto do Boquete. Po drodze znajome już nam niesamowite widoki, sprawdzamy na mapie jest to części Parku Narodowego. Przejeżdżając przez góry na grani wiało tak silnie że baliśmy się że nas zwieje! Zatrzymujemy się. Serca nam wala jak oszalałe. Co to było?! Pytamy się na wzajem. Nie ma czasu, ruszamy dalej.
Podczas rutynowej kontroli policyjnej okazało się, że mamy wizę ważną na 1 dzień?! Pech, błąd celnika (coś mamy z tymi granicami) ale policjant radzi aby odwiedzić jeszcze "Aduane" w drugim co do wielkości mieście Panamy, David. Tam bez problemu dostaliśmy poprawiony papier. W Boquete również towarzyszy nam deszcz, zatrzymujemy się w Pensjonacie Topas ale rezygnujemy z pokoju i śpimy pod namiotem, u Niemca (właściciela pensjonatu) w ogrodzie. Mieszka tu od ponad 30 lat, czyli mniej więcej tyle ile ma jego Panamska żona :)
Samo miasteczko położone jest w górach przy najwyższym wulkanie Panamy, Baro. Centrum niewielkie ale pełne uroku, są również Indianie i Indianki które ubierają się w kolorowe sukienki.
Od Bequete

Jedno można na pewno powiedzieć o Boquete, w centrum jest lokalny bufet "El Sabroson" w którego kuchni zakochaliśmy się od pierwszej kolacji. Ceny bajecznie niskie a samo jedzenie wyjątkowo przepyszne. Wszystkie posiłki idealnie przyprawione. I tak codziennie pomiędzy spacerami oddawaliśmy się kulinarnym uciechom. Jeden dzień poświęciliśmy na zakupy. Wymieniliśmy akumulator, który padł w między czasie, kupiliśmy podstawowe narzędzia do motocykla i klawiaturę do naszego laptopa, która teraz jest dwa razy większa od naszego komputera :) Ponieważ deszcze nie ustępowały zaczęliśmy się niepokoić, o nasz rejs do Kolumbii, w telewizji straszyli powodziami na północy kraju, a Kanał Panamski został zamknięty na 5 dni, drugi raz w swojej historii. Nie wiedzieliśmy czy dojedziemy dalej, jednak właściciel hostelu gwarantował, że droga jest przejezdna. Dobrze, po 4 dniach kończymy nasz pobyt w tym urokliwym górskim miasteczku, czuliśmy się tu niczym w sanatorium :) Wypoczęci wyruszyliśmy w drogę i około południa dotarliśmy do Pedasi (nad Oceanem), sama wioska być może nie zachwyca ale plaże wciąż jeszcze dziewicze, robią wrażenie.
Od Pedasi

Noc spędziliśmy na plaży, spokojnie i za darmo śpiąc pod namiotem. Nad ranem było nadal pochmurno więc szybkie pakowanie i już mkniemy Panamericaną do Panama City. Niestety nieustannie padało, sam słynny kanał przejeżdżamy w deszczu, przemoczeni, oprócz imponującej wysokości, mało co widzieliśmy przez zapadane szybki kasków. Zmęczeni, zatrzymujemy się w prawie pierwszym napotkanym hotelu w centrum. Cena jak na Amerykę Centralną nas trochę zbiła, 33U$D ale to w końcu centrum i stolica. Na Północy powodzie nie ustępują, łodzie nie pływają. Żaden kapitan nam jeszcze nie odpisał na meila, więc nasze szanse na rejs przed Świętami maleją. Miasto jak na stolicę wyjątkowo spokojne i bezpieczne a ceny nieruchomości są nadal zaskakująco niskie. Cześć biznesowa zaczyna przypominać Hong Kong, wieżowce, centra handlowe i pojawiające się zakazy. Na szczęście pozostała część Panama City ma swój klimat jak na Amerykę Centralną przystało.
Od Panama City

Planowaliśmy jeszcze w grudniu dostać się do Kolumbii więc kombinujemy, szukamy, wypytujemy w poszukiwaniu najlepszej opcji, przez myśl przeszła nam nawet sprzedaż motocykla i zakup następnego na miejscu ale tylko chwilowo. Po mimo niezmiennej pogody decydujemy się na dojazd do Puerto Lindo skąd odpływają łodzie. Dwie godziny autostradą, jest już sucho i słonecznie:) Jednak tylko chwilowo bo w Portobelo spotykamy deszcz, ruiny i błoto. Tydzień wcześniej z powodu silnych opadów obsunęła się góra, zalewając część wioski i zabijając przy tym 4 osoby. To dlatego po drodze mijaliśmy smutne twarze mieszkańców, chociaż Karaiby to tak jakoś mało Karaibsko, ludzie po tragedii jeszcze nie doszli do siebie i wszystko było pozamykane. W Puerto Lindo zatrzymujemy się w Hostelu Wunderbar prowadzonym przez nieogarnięte małżeństwo z Niemiec. Oprócz noclegu w oryginalnej chacie Indian Kuna oferują odpłatną pomoc w znalezieniu wolnego miejsca na rejsy do Kolumbi. Szcześlwie, już niedługo po przyjeździe, mamy zarezerowaną łódź u kapitana Dawida z Francji, na 17 gudnia. Udało się! Hurra! Jednak nasz motocykl popłynie oddzielnie, dzień później z kapitanem Marko z USA. Na drugi dzień pod wieczór pomagamy zamontować motocykl na łodzi, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, bez żadnych problemów i wydaje się być wyjątkowo stabilnie przymocowany.
Od Puerto Lindo,San Blas
Kapitan gwarantuje, że gdyby "coś" się wydarzyło to oczywiście odkupi motor ale nigdy jeszcze nie miał podobnej przygody, oby ;) Już bez motocykla musimy jakoś wrócić 30 km do hostelu, więc z kaskami w ręku początkowo jedziemy stopem z życzliwymi żołnierzami, później 2km spaceru w latarkach czołowych, pewnie wyglądaliśmy kosmicznie bo wszystkie samochody nas omijały szerokim łukiem. Jednak jeszcze jednego stopa na szczęście udało nam się złapać. W hostelu poznajemy parę Paulinę i Pola z Holandii oraz Manu i Kaia ze Szwajcari W szóstkę jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami miejsca na rejs. Na dosyć wysoką cenę wpływa fakt, że jest to teoretcznie po za samolotem jedyna możliwa próba dotarcia do Ameryki Połudnowej. Dla śmiałków pozostaje oczywiście jeszcze możliwość przedostania się przez Darien Gap ale z naszym BMW to raczej mało prawdopodobne. Robimy niezbędne zakupy na podróż, a paszporty podbijają nam celnicy którzy przyjechali do hostelu. Z samego rana pobudka i o 8.00 jesteśmy już wszyscy na pokładzie "Tango". Po kilku godzinach wychodzi Słońce... błękitne morze i rajskie wyspy San Blas to raj na Ziemi.
Od Puerto Lindo,San Blas
Przez prawie trzy dni korzystamy z pogody, Morza Karaibskiego, które przecież kochamy i snurklujemy m.in. w ruinach zatopionego przed 30 lat statku, jemy świeżo złowione ryby, tropikalne owoce (swoją drogą Dawid nieźle gotuje) i przy okazji wieczornej butelki rumu poznaliśmy Javiera, hiszpańskiego kapitana z Walencji, któremu pięć dni wcześniej zatonęła łódź. Jak stwierdził, był trochę pijany i nie zauważył skał o które nieszczęśliwie się rozbił. Sam czuje się na 37 lat, chociaż wygląda na więcej , obecnie mieszka na wyspie z Indianami Kuna, karmią go i ubierają. Stracił wszystko. Mówi, że jest szczęśliwy, korzysta z życia i cieszy się, że ma niespodziankę w podróży. Pewnie jego żona i dwójka dzieci w Walencji też się cieszą ;)
Od Puerto Lindo,San Blas

Po błogim czasie spędzonym na wyspach San Blas, przyszedł czas na otwarte morze i około 48 godzinną drogę do Cartageny. Niestety, choroba morska sprawiła, że pierwsze 24 godziny przespaliśmy a i tak chciało nam się jeszcze dłużej. Większość czasu tak bujało, że trzymaliśmy się materacy od łóżek, chodzenie było prawie niemożliwe, a o apetycie nie było mowy. Po 36 godzinach fale ustały, a morze się uspokoiło. My jak i reszta załogi powróciliśmy do zdrowia, a podczas naszej nocnej warty na łódce, podziwialiśmy niesamowicie gwiaździste niebo. Ten rejs to dla nas wspaniała przygoda, której pewnie nigdy nie zapomnimy.
Zaraz po świcie na horyzoncie ukazał się zarys wzgórz Kolumbii, uśmiechy na twarzach i trochę szkoda, że to już koniec rejsu, jednak najważniejsze, że szczęśliwie dopłynęliśmy do Cartageny gdzie spędzimy Święta.




Wszystkim życzymy
Wesołych Świąt !!!

Od Puerto Lindo,San Blas







Bequete

sobota, 11 grudnia 2010

Kostaryka w pigułce.

Pierwszą noc w Kostaryce spędziliśmy nad Pacyfikiem w hotelu na Playa del Coco. Miasteczko typowo turystyczne, ceny europejskie, pogody brak i ogólnie byliśmy spóźnieni o 1 dzień.
Więc z samego rana wyruszyliśmy do San Pedro. San Pedro to niegdyś oddzielne miasto, a obecnie jedna z 7 dzielnic San Jose (stolicy Kostaryki).
Przy wjeździe do miasta przywitał nas tzw. korek, a wraz z nim spaliny i ogromny hałas. Po kilku tygodniach spędzonych w niewielkich miejscowościach i blisko łona natury, takie nagłe spotkanie z cywilizacją nieźle nas przestraszyło. Czuliśmy się nieswojo, zahukani i onieśmieleni tą całą sytuacją. Mieliśmy nawet myśl aby zostawić motor u mechanika, a noc spędzić poza miastem. Jedyne co nas powstrzymało to umówiony nocleg u Gersona z CouchSurfingu. I dobrze zrobiliśmy, że zostaliśmy,  bo to był świetny czas!
Ale po kolei:
Gerson odebrał nas spod umówionego miejsca o 19. Wieczorek zapoznawczy w studenckiej dzielnicy do 1 w nocy, a następnego dnia o 6,30 pobudka i godzinę później cały dom Gersona, a w nim: Gerson, jego siostra i jej chłopak wyruszyli do pracy, a my wraz z nimi.
Przez cały dzień mieliśmy czas na zwiedzanie San Jose.
Co można robić w mieście przez 12 godzin? Szwędaliśmy się od jednego do drugiego końca, odwiedziliśmy słynny targ wewnątrz budynku, kilka placów i parków oraz Zoo. Ale tego ostatniego nie polecamy. Nie tego się spodziewaliśmy po stolicy Kostaryki, kraju pełnego parków narodowych i raju dla biologów.
Po powrocie do domu byliśmy skonani i od razu zasneliśmy.
Całe szczęście następnego dnia była sobota. Wszyscy zjedliśmy tradycyjne, kostarykańskie śniadanie czyli Gallo pinto, a w nim jajecznica, ryż z czerwoną fasolą, a do picia lokalna kawa. U zaprzyjaźnionego mechanika zostawiliśmy motor aby wymienił olej, zębatki i łańcuch.
A my w tym czasie poszliśmy z Gersonem i jego koleżanką Margaritą na wrotkowisko (w Polsce o tej porze szalelibyśmy pewnie na łyżwach). Po łącznie 8 wywrotkach i 2,5 godzinnej jeździe przy której bawiliśmy się jak dzieci zadzwonił mechanik z dobrą wiadomością, że możemy odebrać motor.
W domu pizza, Cuba Libre i nauka salsy. Wieczorem impreza, później druga, a noc zakończyliśmy w awangardowym klubie gejowskim w czerwonej dzielnicy San Jose.
W niedzielę nie pospaliśmy również za długo z racji tego, że wszyscy byliśmy proszeni na rodzinny obiad do babci Gersona. W drodze do Valle del Orosi poznaliśmy mamę i jego młodszą siostrę.
Babcia mieszka w malowniczej wiosce w górach. Ma 83 lata i jest pełna energii.

Od Z wizytą u babci

Zaraz po przybyciu wujek zabrał nas na wycieczkę po ich własnej plantacji kawy. Pokazał jak się zbiera i uprawia kawę, banany oraz  tropikalne warzywa. Dowiedzieliśmy się między inny jak bardzo jest to fizycznie wyczerpująca praca, a za 30 kilogramowy worek kawy otrzymuje się 5 U$D.

Od Z wizytą u babci

Podczas naszej nieobecności Babcia przygotowała przepyszny domowy obiad. Na deser lokalne słodkości i specjalnie parzona kawa. Mikołaj był i u nas bo Rafałowi tak posmakowały lokalnie wypiekane ciasteczka, że młodsze kuzynki kupiły mu całą paczkę!

Od Z wizytą u babci
Jako, że czas przedświąteczny, cała rodzina dekorowała dom w świąteczne ozdoby. A my w tym czasie ucięliśmy sobie krótką drzemkę na trawie.

Od Z wizytą u babci
Sympatyczne spotkanie zakończyliśmy rodzinnym spacerem po okolicy.
Dziękujemy Garson za wspaniały czas, który na długo pozostanie w naszej pamięci!
Nazajutrz z rana spakowani siadamy na motor, a tu klapa, cyk..cyk... , nie pali. Akumulator rozładowany na Amen. Na ratunek przyjechał znajomy Itzel (siostry G.) z którego pomocą awaryjnie odpaliliśmy maszynę. Niestety akumulator do wymiany.

Ruszyliśmy przed siebie.Po 4 godzinach przyjemnej drogi pełnej zakrętów i wzniesień dojechaliśmy do czarnej stolicy Kostaryki, Puerto Viejo nad Morzem Karaibskim. Wszechobecna muzyka reggae, dready i pełno amatorów marihuany z USA, tak można najkrócej scharakteryzować to miejsce.

Od Puerto Viejo

Spędziliśmy pod namiotem dwie noce na campingu Rocking J's (darmowe organiczne banany) jednak deszcz  nie przestawał padać. Na Karaibach bez słońca nie ma co robić więc jako następny cel obraliśmy sobie Bocas del Toro w Panamie.


Playa del Coco

San Jose

czwartek, 2 grudnia 2010

Rekordowe 5 godzin na granicy.

Z San Jose del Sur do granicy z Kostaryką mieliśmy jakieś 50 kilometrów, po niecałej godzinie jesteśmy na miejscu. Jedno z większych i ważniejszych przejść granicznych w Ameryce Centralnej. W końcu wjeżdżamy do tak zwanej "Szwajcarii Ameryki". Standardowe reguły, najpierw paszporty, później dokumenty na motor, jedyną nowością było podwojenie punktów kontroli dokumentów ( i sprawdzanie ich po dwa razy) oraz obowiązkowa kontrola bagaży ze względu na narkotrafiko, którą na szczęście przeszliśmy w 3 minuty bez potrzeby zdejmowania bagaży z motocykla. Wtedy doszłaby nam jeszcze jedna zmarnowana godzina. Od strony Nikaragui przejeżdżamy kilometr do budynków celników z Kostaryki, początkowo mylą się i w paszportach wbijają nam salida zamiast entrada więc musimy zawrócić po nowe pieczątki, postój w kolejce, zrobione. Jeszcze tylko odprawić motor i w drogę:) Podchodzimy do okienek. Jednak po chwili pani zza szyby kręci głową i bez czytania wypycha przez szparkę dokumenty! Co?!
Początkowo nie wszystko rozumiemy, pokazuje nam podkreślone paragrafy w swoim podręczniku, a ponieważ przez 5 centymetrowy otwór na wysokości 1 metra ciężko się rozmawia, prosimy o możliwość wejścia do środka. Okazuje się, że nasze wystawione przez meksykański urząd, pieczętowane i firmowane przez urzędników ich stanowiskiem, imieniem i nazwiskiem zaświadczenie są dla celniczki nieważne, bo to meksykańskie. Nasze tłumaczenia, że to co posiadamy w zupełności wystarcza do opuszczenia granicy i nie mieliśmy żadnych problemów na poprzednich przejściach utwierdza ją tylko w błędnym przekonaniu, że tam mają jeszcze większy burdel. Nie wjedziemy i koniec! Skandal! Jak to nie wjedziemy? To co mamy zrobić? Zawrócić do Meksyku? Wściekli i częściowo bezradni w takiej sytuacji chcemy rozmawiać z kierownikiem. Pani która się pojawiła wpada na jedyne możliwe rozwiązanie aby udać się do prawnika, który ma swoje biuro 300 metrów od granicy i potwierdzi i nasze meksykańskie zaświadczenie. Pierwszy raz spotykamy prawnika na przejściu, jak się chwilę później okazało, podobnych biur jest więcej! Acha więc tak to działa. Prawnik w pół godziny na podstawie naszego napisał nowe, tym razem krótsze o połowę. Powiedział, że to to samo co już mamy, ale jesteśmy w Kostaryce a nie w Meksyku i poprosił o 30U$D. A tak to Kostaryka, prawie Europa?! Zgodził się na studencką zniżkę i zapłaciliśmy 5 dolarów mniej. Z nowym dokumentem, bez problemu otrzymujemy wizę na 90 dni i bez podziękowania z ponurymi minami wychodzimy. Zmarnowane ponad 5 godzin na granicy! Zaczyna się ściemniać więc o dojechaniu do stolicy nie ma mowy. Dojeżdżamy do Playa Coco nad Pacyfikiem i tam zatrzymujemy się na noc. Na miejscu jeszcze szok cenowy! Poszaleli. Oj szybko się stąd zwiniemy:)

wtorek, 30 listopada 2010

Nikaragua oł jeejee!

W Granadzie spędziliśmy 3 dni.
Miasto cudowne, kolonialne, pełne zabytków. Zatrzymaliśmy się w położonym w centrum, poleconym przez znajomych hotelu Hospodaje Cocibolca.
Od Granada

Mieliśmy wspaniały widok na dachy pokryte glinianymi dachówkami, darmowy internet, kuchnię i nieograniczony dostęp do wyśmienitej kawy. Co do Granady to zrobiła na nas duże wrażenie. Zabytkowe centrum z dorożkami, lokalny targ oraz wszechobecny spokój tak najprościej można scharakteryzować to miasto. Granada jest bogatsza od Leon, jest również pewnego rodzaju perełką Nikaragui. Nie wiemy o co dokładnie z tym chodzi ale wszędzie można spotkać wizerunek Che Guevary.
Naszym kolejnym celem podróży stała się wyspa Omepete, na której są dwa wulkany z czego jeden jest aktywny. Wyspa znajduję się na największym jeziorze Ameryki Centralnej - Lago Nicaragua, ponoć w jego wodach pływają rekiny.
Z San Jose del Sur codziennie odpływają promy. Bilety kosztują po 7,50 PLN (60 CN) od osoby + tyle samo za motocykl, podróż trwa godzinę. Podczas powrotu spotkała nas miła niespodzianka, bilety były o połowę tańsze.
W trakcie poszukiwania kempingu na wyspie zarezerwowaliśmy przewodnika na wulkan.
Umówiliśmy się z nim na 6 rano, poradził abyśmy zrobili sobie kanapki i koniecznie zabrali ze sobą kurtki, ciepłe swetry, stroje kąpielowe i po 3 litry wody na osobę.
Okey, szykuje się poważna wyprawa - pomyśleliśmy:)
O zmroku, po drugiej stronie wyspy szczęśliwie znaleźliśmy hostel z kempingiem. Namiot rozstawiliśmy ekspresowo i pojechaliśmy w poszukiwaniu sklepu. Chociaż na zegarku dopiero 18 było już kompletnie ciemno, a w dodatku droga błotnista, pełno kamieni i dziur, które musieliśmy omijać. Przydomowe sklepiki znaleźliśmy bez żadnego problemu, jednak nie było w nim pieczywa, a właściwie niczego co nadawałoby się na kanapki. Odrobinę zrezygnowani wracaliśmy do hostelu,  nic już nie widać, omijamy kałużę, pierwszą, drugą, przejeżdżamy przez błoto, ryk silnika i leżymy! Błoto takie, że się koło zblokowało. Żadnej wcześniejszej oznaki, żadnego poślizgu, szybka akcja.
Nic się nie stało? - pytamy siebie na wzajem. Lekkie stłuczenie, brudne spodnie, uff tyle. Wściekły podnoszę motor, ruszamy dalej. Dojeżdżamy na miejsce, na przeciwko bramy wjazdowej widać światło, podchodzimy bliżej, a to sklep. Uratowani! Jest  pieczywo, majonez i tuńczyk. Z głodu nie umrzemy!
Smacznie zasypiamy, podekscytowani czekającą nas wyprawą na wulkan. Rano przewodnik przychodzi punktualnie, a my zgodnie z umową wyposażeni w prowiant, 6 litrów wody i ciepłe ubrania czekamy na przygodę. Od początku jesteśmy zaskoczeni ubiorem przewodnika. Ten 22 latek ubrany był w swój stary szkolny uniform, buty lakierki i miał ze sobą tylko małą kosmetyczkę. Nie pytając dlaczego domyślamy się, że pewnie resztę ekwipunku ma na miejscu albo dołączymy do jakiejś grupy turystów prowadzonej przez innego oprowadzacza. Razem z nami wyruszył w drogę hotelowy pies - Donkey.

Od Ometepe

Po 2 godzinach wspinaczki po bardzo stromych szlakach, z ciężkimi plecakami, cali oblani potem nie możemy uwierzyć, że nasz przewodnik nie jest nawet odrobinę zmęczony i z uśmiechem na twarzy oznajmia, że do szczytu brakuje nam jeszcze 3 godziny marszu po błocie pod górę. Ciężko się idzie bo i kondycja słaba, parówa okropna, plecaki ciężkie, w błocie nogi grzęzną, a każdy konar czy kamień śliski. Zmordowani docieramy na wierzchołek wulkanu, schodzimy 200 metrów do laguny która okazuje się być jeziorem w kraterze, jednak gęste chmury nie pozwalają nam zbyt wiele zobaczyć. Jest gorąco, nie wiemy po co nam te wszystkie ciepłe rzeczy, które ze sobą dźwigaliśmy, z kąpieli w mule rezygnujemy, zjadamy co mamy, a czego nie możemy dzielimy się z Donkeyem, dopijamy wodę żeby było lżej schodzić i wyruszamy. Po drodze spotykamy parę Francuzów z którymi spotkaliśmy się na wyspie Utila. Miła pogawędka i dostaliśmy namiar na fajny hotel  w miejscowości, w której obecnie mieszkamy.
Zejście na dół zajęło nam 4 godziny, cali w błocie niedowierzamy, że nasz przewodnik jest nieskazitelnie czysty jakby nigdzie się stąd nie ruszał :/ Dowiedzieliśmy się, że rocznie wchodzi minimum 200 razy na szczyty wulkanów z turystami, stąd jego świetna kondycja i wprawione nogi.
Kolacja smakuje bardziej niż zwykle, padamy ze zmęczenia, zasypiamy w hamaku.
Następnego dnia opuszczamy wyspę. 20 kilometrów na południe i jesteśmy w San Juan del Sur, to malownicze miasteczko położone w zatoce nad Oceanem od pierwszego momentu robi na nas niesamowite wrażenie.

Od San Juan del Sur

Pomimo poleconego nam hostelu początkowo postanawiamy dotrzeć na kemping (jedyny) na innej plaży tym razem polecany przez LP za 1U$D za namiot :) Po 12 kilometrach bezdroży docieramy na plażę Majagual. Wspaniałe odludne miejsce, jest i kemping, świetnie, jednak właściciel przekombinował trochę przy cenniku i za namiot oczekuje 9U$D!
Co?! Nie ma mowy. Zawracamy!
Na koniec oferuje jeszcze "dog house" za 5U$D od osoby, nic z tego!
Z łatwością odnajdujemy rekomendowany hostel Beach Fun Casa 28, z kuchnią, internetem, bardzo blisko plaży. Pozbijany z desek, pełno prześwitów, z oknami bez szyb, a podłoga chodzi przy każdym kroku. Bardzo swojski i strasznie nam się tutaj podoba.
Tym razem śmiesznie się złożyło, że 3/4 osób mieszkających w tym hotelu, mieszkało razem z nami w Leon.
Wieczorem międzynarodowa fiesta u nas w pokoju z  Benajminem z Nowej Zelandii, jego dziewczyną Stefani urodzoną w Zimbabwe (ale na stałe mieszkającą z nim w Australii), dwoma Argentynkami i nowopoznanym Francuzem, który podróżuje samotnie na motorze.
San Juan del Sur okropnie nam przypadł do gustu, świetny klimat, ładna plaża, tanie bary, wszędzie słychać muzykę cumbias ( dla ciekawych: http://www.fulltono.com/cumbias/), a rum kosztuje 13zł za litr.
Załapaliśmy lenia, trochę plażowaliśmy, raz zrobiliśmy sobie  wycieczkę na sąsiednią dziką plażę. Czas przecieka nam przez palce i szkoda stąd wyjeżdżać.
U miejscowych rybaków kupujemy świeże ryby za 3 złote za kilogram.
Po relaksujących 4 dniach, jutro opuszczamy tanią Nikaraguę, którą będziemy ciepło wspominać i jedziemy do San Jose w Kostaryce. Dzięki CS mamy zapewniony darmowy nocleg w tej jednej z najdroższych stolic Ameryki Centralnej.

środa, 24 listopada 2010

Kolonialnie.

W La Ceiba zatrzymał nas deszcz, więc zostaliśmy jedną, nieplanowaną noc dłużej. Ale dobrze się złożyło, bo mieliśmy kilka rzeczy do załatwienia (krawiec, mechanik itp.).

Od Comayagua

Po południu dotarliśmy do kolonialnego miasteczka Comayagua.

Od Comayagua

Ta rozpisywana w przewodniku LP,  "Central America on shoestring" była stolica Hondurasu i poprzedniczka Antigua Guatemala trochę nas rozczarowała. Hotele dość drogie, mało ulicznego jedzenia, turystów nie widać a zabytki bez większych emocji. Po raz pierwszy zdarzyły się także niemiłe odzywki w naszą stronę ze strony lokalnych pijaczków.
W porównaniu do San Cristobal czy Antigua Guatemala, Comayagua ma się nijak i wypada zdecydowanie najsłabiej. Następnego dnia o poranku zabraliśmy się w drogę. Mieliśmy do przejechania ponad 400 km, pełno zakrętów i wzniesień, planowaliśmy dojechać do Leon, a do tego czekało nas jeszcze przekroczenie granicy. Przejechaliśmy już prawie 6000km, a trasa kondycyjnie jedna z gorszych, o ile nie najgorsza. Dziury, wyrwy i inne nieoznaczone niespodzianki. W Hondurasie nie ma już znaków z podanymi odległościami, brakuje również kierunkowskazów. Łatwo się zgubić i jeszcze częściej musimy pytać o drogę.
Na granicy załatwienie formalności zajęło nam ponad 3 godziny, a zajęło by jeszcze dłużej gdyby nie Rafała niebieskie oczy, na które uwiódł panie przy okienku ;)
Przy okazji poznaliśmy 6 Francuzów, którzy dwoma mini-autobusami jadą z Kanady do Kostaryki. Większość planuje znaleźć tam prace i zamieszkać.
Od Leon


To już widocznie taki standard, że z granicy wyjeżdżamy po zmroku. Dojechaliśmy do najbliższego miasta i w myśl naszej zasady, że po ciemku nie jeździmy, zostaliśmy tam na noc. Okolica nieciekawa, pełno pijanych tirowców i towarzyszących im Cór Koryntu (strasznie brzydkie). Na kolacje szybkie placki papusas od sympatycznej sprzedawczyni. Zmęczeni podróżą zasypiamy po 21.
Następnego dnia wypoczęci, wyruszyliśmy do Leon. Przez całą drogę słyszeliśmy odgłosy szurania wydobywające się z motocykla, na dodatek wyciekł nam chyba cały olej z prawej lagi. Odległość do cywilizacji niewielka, więc postanowiliśmy wszystkim zająć się na miejscu. Zatrzymaliśmy się w ciekawym Hostelu El Albergue położonym w ścisłym centrum. Miejsce typowo backpackerskie, użytkowa kuchnia, regionalna kawa z "czajniczka" za darmo, pokoje bez okien ale po środku hostelu rosły bananowce i drzewa grejpfrutowe.


Od Leon
Leon to sympatyczne kolonialne miasto. Była stolica kraju. Pełno kościołów, uniwersytetów, największa w Ameryce Centralnej katedra a wokół niej ruchliwy targ.

Od Leon

Na ulicach widoczna jest również bieda, w końcu Nikaragua to najuboższy w regionie kraj za raz po Haiti. Panuje tutaj klimat tropikalny, jest super gorąco! Miesiąc do Świąt, większość sklepów już choinkowo przyozdobionych, a nam w tym upale wyjątkowo trudno sobie je wyobrazić.

Od Leon

Przy wieczornym piwku w  hostelu spotkaliśmy parę Francuzki z Irlandczykiem, których mieliśmy już okazję poznać na wyspie Utila. Podróżują wzdłuż Ameryk, przeważnie chickenbusami.
Na zadane im pytanie czy jest niebezpiecznie?
Opowiedzieli. -  Nie, ale po chwili dodali, że już raz ukradli im plecak.Utwierdziliśmy się tym samym, że bezpiecznej jest podróżować na własną rękę. Bo ludzie są mili a Świat jest piękny.
Rafał:
W sklepie z narzędziami sprezentowałem sobie 40 centymetrową machetę, oryginalną, numerowaną z El Salwadoru za niecałe 15 złotych (110CN). Pomimo, iż została zapakowana w papier, niedługo po zakupie, zauważyliśmy, że odstraszamy wszystkich ciekawskich żebraków, świetnie! Mogliśmy śmiało chodzić z aparatem na wierzchu:)
Tego samego dnia udałem się również do mechanika uzupełnić niedobór oleju, do San Jose w Kostaryce dojedziemy bez problemu, a dopiero tam dostaniemy niezbędne nam uszczelki. Ileż radości przyniósł nasz motocykl dwunastoletnim pomocnikom mechanika, robili sobie z nim zdjęcia radośnie zapalając przy tym wszystkie możliwe światełka, dotykali go z każdej strony, siadali na nim i o wszystko wypytywali.
Następnego dnia po przepysznym śniadaniu w bufecie, wyjechaliśmy do Granady. Tuż za Leon, zajeżdżamy na stację benzynową. Przy odjeżdżaniu zauważyliśmy, że z motoru wycieka benzyna a za każdym razem gdy dodajemy gazu, plama się powiększa. Potrzebny mechanik, na pewno rurka wyrwała się przy wyjeździe z hostelu (zjazd ze schodków). Szybka akcja, Rafał do taksówki, Dotka zostaje pilnować dobytku. Wraca z mechanikiem. Szybkie oględziny. Trzeba natychmiast do warsztatu w dodatku przestrzegają, że takie wysiadywanie jest tutaj niebezpiecznie. U mechanika musimy ściągać wszystkie bagaże i odkręcić deskę. Podnosi siodło, chwile coś tam dłubie i oświadcza, że mamy przelany bak i ta rurka właśnie jest po to aby ten nadmiar odprowadzać. Cała filozofia. Za niewiedzę się jednak płaci, całe szczęście to Nikaragua i wycena usługi jest znośna.
Odetchnęliśmy z ulgą i ruszyliśmy pospiesznie w stronę Granady...

czwartek, 18 listopada 2010

Utila i bezludna wyspa!

Z Copan do La Ceiba jechaliśmy ponad 6 godzin, nie wyrobiliśmy się na popołudniowy prom na wyspę, więc zostaliśmy tu na noc.
Od Utila

Rano nasze moto zostawiliśmy bezpieczne u właścicieli hotelu w którym spaliśmy i po godzinnym rejsie przypłynęliśmy na niewielką wyspę.
Na Utyli jest  prawdopodobnie najwięcej na Świecie szkół nurkowania, a ceny są naprawdę przystępne.
Od Utila
Wszyscy mieszkańcy jeżdżą tutaj skuterami i quadami, samochodów jest niewiele (doliczyliśmy się max.7).
Zabudowa prawdziwie wyspiarska, drewniane domy na palach z których odpada farba, nieład na podwórkach, dwie niewielkie piaszczyste plaże, dodatkowo kilka przydomowych sklepów, kościołów (Metodystów, Baptystów) i lokalnych restauracji.
Od Utila


Mieszkają tutaj: Latynosi, Murzyni, Biali i krzyżówki z każdego po trochu. Ma się wrażenie, że wszyscy się tutaj znają.
Na Utili obowiązującymi językami są hiszpański i angielski (z bardzo śmiesznym akcentem), których używają naprzemiennie. Wszystko odbywa się tutaj powoli i nikomu się nie spieszy.
Z informacji jakie zebraliśmy miał tu panować europejski backpackerski klimat, wszędzie są jednak sąsiedzi z USA i można powiedzieć, że zdominowali wyspę...

Drugiego dnia wypożyczyliśmy rower i ciągle na dwóch kółkach (ale o własnych siłach) poznawaliśmy okolicę, dodatkowo w międzyczasie z maską i rurką podziwialiśmy rafę koralową. Dzień zakończyliśmy wyśmienitą kolacją z barakudy i krewetek. Ceny zachęcające.
Wyspa naprawdę niewielka i większość jej obszaru zajmuje dżungla i namorzyny.
Po dwóch dniach mieliśmy niedosyt plażowania i chcieliśmy zwiedzić kolejną, bogatszą w plaże wyspę Roatan. Spakowani czekaliśmy już na prom powrotny do La Ceiba. Podeszliśmy do rybaków, zagadać czy nie zabraliby nas taniej, bez szans. Nagle jeden z nich wspomniał coś o bezludnej wyspie Water Cay, z piaszczystymi plażami, bez wody i elektryczności na której można rozbić namiot. RAJ !!! Pomyśleliśmy. Tylko kto nas tam zabierze? Pytamy kilku, jednak niewielu chętnych, bo za daleko i płytkie wody. Nasz prom odpłynął a my ciągle szukamy. W końcu się udaje! Szybkie zakupy i już siedzimy w łódce u ciemnoskórego rybaka niemowy ze złotym zębem. Pół godziny później dopływamy do brzegu. Na powrót umówiliśmy się za 2 dni na godzinę 11.
Wyspa malusieńka widać jej końce, tylko piasek,  palmy kokosowe i inne egzotyczne rośliny.  Woda cudowna, niebieska i ciepła.
Przez pierwszą godzinę nie jesteśmy sami, jest kilku turystów czekających na swoją łódź.
Szybko rozbijamy namiot i rozpalamy ognisko.

Od Water Cay

Idzie nam to sprawnie, a uśmiechy nie znikają z twarzy. Znajdujemy nawet stół, a z belek i skrzynki robimy prowizoryczne krzesła. Kolacja iście pańska, kurczak, tortilla i rum. :)  Powoli dochodzi do nas, że jesteśmy sami na bezludnej wyspie. Totalna radocha. Lalalalalala!
Im ciemniej tym więcej dzikich mieszkańców wyspy nas odwiedza. Są bardzo nami zaciekawione, a jeszcze bardziej naszym niedojedzonym kurczakiem. A mowa tutaj o szczurach. Całe gromady. Na drzewach, palach i kamieniach, wyłażą tłumnie ze wszystkich szczelin, wcale się nas nie boją. Buszują jak gdyby nigdy nic. Schowaliśmy jedzenie do namiotu. Po chwili słyszymy szuranie pod podłogą namiotu, szczury wygryzły trzy dziurki i mało brakowało a dostałyby się do środka. Przez większość wieczoru nasłuchujemy i krzykami odganiamy intruzów.
Cały następny dzień upływa nam na słodkim nic nie robieniu, pływaniu, piciu wody kokosowej i dorzucaniu drzewa do ogniska. Próbowaliśmy nawet łowić ryby na harpun własnej konstrukcji ale pelikany wszystkie wyjadły i nic dla nas nie zostawiły ;)
Całodzienne harce w morzu zmęczyły nas okrutnie i spać poszliśmy chwilę po zachodzie słońca. W nocy obudziły nas niewinne krople deszczu, które z czasem przemieniły się w rzęsistą ulewę z piorunami i grzmotami. Tym razem nie możemy uciec do cywilizacji (przecież jesteśmy sami na bezludnej wyspie).
Na pewno rano przestanie, myślimy.
Nie mamy coś szczęścia do nocowania na łonie natury, bo rano pada jeszcze silniej. Godzina 6 rano, już widno, namiot powoli nasącza się wodą, a na morzu nie widać żadnych łodzi. A co zrobimy jak po nas nikt nie przypłynie w taką pogodę?
Przytulamy i pocieszamy się.
Nagle, co to? Warkot silnika? Z niedowierzaniem wychylamy głowy z namiotu.
- Tak, to on nasz bohater!
Przypłynął specjalnie po nas 5 godzin wcześniej, jak tylko nastał świt :)

Od godziny 8.00 siedzimy w kawiarni z powrotem na wyspie Utila, cali przemoczeni ale szczęśliwi.


Utila

piątek, 12 listopada 2010

Z nad Oceanu na Karaiby.

Chcieliśmy szybko wydostać się z Gwatemali. Jednak listopad jest tutaj chłodny, zatęskniliśmy za plażą i ciepełkiem.Gwatemala żegna nas erupcją wulkanu.

Od Guatemala Antigua
Wybraliśmy El Salvador, trasa przyjemna i krótka, jednak na granicy spędziliśmy prawie 3 godziny.
Po salwadorskiej stronie wyjątkowo niespiesznie szła odprawa. Celnicy siedzieli i nic nie robili ściemniając na komputerach.
Po drodze mijamy biedne wioski, wspaniałe krajobrazy, cowboi, dzieciaki kąpiące się w rzecze, konie, muły, ciekawe sytuacje, furgonetki wypchane ludźmi aż po brzegi, tutaj życie toczy się wzdłuż drogi. Biedny kraj.
Ma się wrażenie, że czas się tutaj zatrzymał .
Po zmroku docieramy na plażę La Metalio, chociaż high sezon rozpoczął się 10 dni temu, ledwo znajdujemy otwarty hotel. W nocy terenu pilnuje uzbrojony w karabin ochroniarz wraz z dwójką psów.
Rano szybkie wyjście na plażę. Po raz pierwszy widzimy Ocean. Trzeba powiedzieć, że robi wrażenie, czuć i słychać jego ogrom. A jakie fale!
Piasek pochodzenia wulkanicznego stąd taki ciekawy kolor.

Od Metalio, La libertad, El Salvador



Od Metalio, La libertad, El Salvador


Postanowione jedziemy dalej. Wybór był dla nas oczywisty, wybraliśmy najbardziej popularną plażę w Salvadorze - La Libertad. Plaża rozsławiona jako najlepsza na świecie dla surferów, w sezonie ściągająca tysiące osób, w rzeczywistości jest wyjątkowo niewielka, zaniedbana,  oprócz nas jest tutaj niewielu turystów. Niestety zaczął nam wyciekać olej z amortyzatora i musimy zostać na noc. Ceny w porównaniu do sąsiadów wysokie i nieadekwatne do standardu, jakiś czas szukamy, aż znajdujemy miły hotelik, za rozsądne pieniądze o wdzięczniej nazwie Hotel Pupa.
Od Metalio, La libertad, El Salvador

Gospodarze mieszkali w domku na piętrze, a swoim dużym pokojem i kuchnią dzielili z gośćmi hotelowymi. Dużym plusem były podwójne hamaki :) Plaża niestety dla nas nieciekawa, kamienista, zaśmiecona, a na ogrodzeniu wielkie graffiti ONLY for LOCALS.
Jesteśmy zadowoleni  do dyspozycji mamy kuchnie. Następnego dnia odwiedzamy targ rybny na molo i  na kolacje jemy wyborne rybki z Oceanu.

Wieczorem idziemy na film do baru. Bar na palach, na dole część gastronomiczna, na górze barek i sala kinowa. Nie ma krzeseł siedzi się na ziemi otoczonym przez poduszki. Sami drętwi surferzy, oglądamy triki na falach. W Pupie do późna w nocy bujamy się w hamakach.

W Salvadorze obowiązującą walutą jest dolar USD przez co ceny są zawyżone.
Przyjeżdżają tu przede wszystkim Surferzy ze Stanów i Australii, a większość plaż jest prywatna.

Rano postanawiamy wyjechać do Hondurasu! Świadomość bliskości przepięknych plaż Karaibów oddalonych o niecałe 2 dni drogi na motorze, nie pozwala nam dłużej czekać. Po 2 godzinach jesteśmy w Angulatu z powrotem na granicy z Guatemalą, atmosfera wyjątkowo miła. Ruch niewielki. W górach nie ma już naganiaczy. Dowiadujemy się, że następną wizę wjazdową do Salvadoru na moto dostaniemy tylko na 24 godziny! A planowaliśmy jeszcze zwiedzić południową część kraju. Trudno, może jeszcze się uda ;)

Po 1,5 godzinnej  jeździe przez góry jesteśmy na granicy z Hondurasem, La Florido. Procedury stałe, 2 godziny spaceru po urzędach odbębnione, jednak po stronie Hondurasu nikt już nie sprawdza numerów rejestracji czy silnika. Pojawia się za to niespotkana jak dotąd opłata 35 U$D za wjazd motocyklem. Płacą wszyscy, takie prawo, wiza standardowo na 60 dni.

Od Copan, Honduras
Na noc zatrzymujemy się w Copan.Droga z dziurami i wyrwami na zboczach, w samym Copan na ulicy bruk. Miasteczko niewielkie, jednak z klimatem i największą jego atrakcją są tutaj ruiny Majów. Podczas spaceru po ruinach większość czasu byliśmy dosłownie sami. Taki spacer to niesamowite doświadczenie i możliwość relaksu.Warto wybrać się pod wieczór.


Postanawiamy zostać tutaj jeszcze jedną noc. Pobujać w hamakach, nie spieszyć się nigdzie. Tanie jedzenie, niedrogi nocleg, tak lubimy :)

Dzięki poradom Adriana jeszcze w Meksyku, bez problemu odnajdujemy lokalne jadłodajnie w dobrej cenie. Jak w całej Ameryce króluje tutaj kurczak, ryż i fasola ale mają tutaj jeszcze grillowane mięso z byka czy indyka.
Jemy pyszne, soczyste żółto-zielone pomarańcze za 0,15 gr/szt.


Metalio, La libertad, El Salvador



Copan, Honduras