piątek, 24 grudnia 2010

Panama ach Panama.

Granica z Panamą okazała się być wyjątkowo rzadko uczęszczaną, prawie nie było ruchu, a wszystkie formalności załatwiliśmy sprawnie jak nigdy. Kostarykę i Panamę odgradza rzeka. Wystarczyło przejechać przez most aby znaleźć się w Guabirto na granicy Panamy. Po środku mostu ułożone były tory kolejowe, a po bokach nierównomiernie deski. Nie wyglądało to za ciekawie. Maksymalna prędkość to jakieś 8 km/h, przy naszym obciążeniu manewrowanie motocyklem (razem z nami ponad 350 kg) stało się niemożliwe. Dotka zeszła z motoru. Rafałek ze stresem pokonuje kolejne 30 metrów, nagle spod kół dobiega odgłos wrrr, wrrr to koło utknęło w szczelinie, wszyscy na moście stanęli, " Co zrobi gringo?", barierek ochronnych już nie ma, skończyły się mniej więcej w połowie drogi i nie było żadnego zabezpieczenia, a most wisiał na wysokości około 20 metrów nad rwącą rzeką. Rafek wykazał się zimną krwią i na szczęście udało się, bezpiecznie przejechać.
Od Bequete


Na granicy spotkaliśmy naszego znajomego Francuza, jadącego samotnie na Hondzie z Salwadoru do Panamy.
W drodze do wyspę Boca del Toro zachwycaliśmy się krajobrazem i przeoczyliśmy skręt o 70km więc musieliśmy zawracać :/
Na miejscu promu już nie było, ostatni odpłynął o godzinie 18, a że deszcz nieprzerwanie padał, noc spędziliśmy w hotelu w miasteczku. Rano pogoda bez zmian, trudno, rezygnujemy z wyjazdu na Isla Bocas del Toro i postananawiamy jechać prosto do Boquete. Po drodze znajome już nam niesamowite widoki, sprawdzamy na mapie jest to części Parku Narodowego. Przejeżdżając przez góry na grani wiało tak silnie że baliśmy się że nas zwieje! Zatrzymujemy się. Serca nam wala jak oszalałe. Co to było?! Pytamy się na wzajem. Nie ma czasu, ruszamy dalej.
Podczas rutynowej kontroli policyjnej okazało się, że mamy wizę ważną na 1 dzień?! Pech, błąd celnika (coś mamy z tymi granicami) ale policjant radzi aby odwiedzić jeszcze "Aduane" w drugim co do wielkości mieście Panamy, David. Tam bez problemu dostaliśmy poprawiony papier. W Boquete również towarzyszy nam deszcz, zatrzymujemy się w Pensjonacie Topas ale rezygnujemy z pokoju i śpimy pod namiotem, u Niemca (właściciela pensjonatu) w ogrodzie. Mieszka tu od ponad 30 lat, czyli mniej więcej tyle ile ma jego Panamska żona :)
Samo miasteczko położone jest w górach przy najwyższym wulkanie Panamy, Baro. Centrum niewielkie ale pełne uroku, są również Indianie i Indianki które ubierają się w kolorowe sukienki.
Od Bequete

Jedno można na pewno powiedzieć o Boquete, w centrum jest lokalny bufet "El Sabroson" w którego kuchni zakochaliśmy się od pierwszej kolacji. Ceny bajecznie niskie a samo jedzenie wyjątkowo przepyszne. Wszystkie posiłki idealnie przyprawione. I tak codziennie pomiędzy spacerami oddawaliśmy się kulinarnym uciechom. Jeden dzień poświęciliśmy na zakupy. Wymieniliśmy akumulator, który padł w między czasie, kupiliśmy podstawowe narzędzia do motocykla i klawiaturę do naszego laptopa, która teraz jest dwa razy większa od naszego komputera :) Ponieważ deszcze nie ustępowały zaczęliśmy się niepokoić, o nasz rejs do Kolumbii, w telewizji straszyli powodziami na północy kraju, a Kanał Panamski został zamknięty na 5 dni, drugi raz w swojej historii. Nie wiedzieliśmy czy dojedziemy dalej, jednak właściciel hostelu gwarantował, że droga jest przejezdna. Dobrze, po 4 dniach kończymy nasz pobyt w tym urokliwym górskim miasteczku, czuliśmy się tu niczym w sanatorium :) Wypoczęci wyruszyliśmy w drogę i około południa dotarliśmy do Pedasi (nad Oceanem), sama wioska być może nie zachwyca ale plaże wciąż jeszcze dziewicze, robią wrażenie.
Od Pedasi

Noc spędziliśmy na plaży, spokojnie i za darmo śpiąc pod namiotem. Nad ranem było nadal pochmurno więc szybkie pakowanie i już mkniemy Panamericaną do Panama City. Niestety nieustannie padało, sam słynny kanał przejeżdżamy w deszczu, przemoczeni, oprócz imponującej wysokości, mało co widzieliśmy przez zapadane szybki kasków. Zmęczeni, zatrzymujemy się w prawie pierwszym napotkanym hotelu w centrum. Cena jak na Amerykę Centralną nas trochę zbiła, 33U$D ale to w końcu centrum i stolica. Na Północy powodzie nie ustępują, łodzie nie pływają. Żaden kapitan nam jeszcze nie odpisał na meila, więc nasze szanse na rejs przed Świętami maleją. Miasto jak na stolicę wyjątkowo spokojne i bezpieczne a ceny nieruchomości są nadal zaskakująco niskie. Cześć biznesowa zaczyna przypominać Hong Kong, wieżowce, centra handlowe i pojawiające się zakazy. Na szczęście pozostała część Panama City ma swój klimat jak na Amerykę Centralną przystało.
Od Panama City

Planowaliśmy jeszcze w grudniu dostać się do Kolumbii więc kombinujemy, szukamy, wypytujemy w poszukiwaniu najlepszej opcji, przez myśl przeszła nam nawet sprzedaż motocykla i zakup następnego na miejscu ale tylko chwilowo. Po mimo niezmiennej pogody decydujemy się na dojazd do Puerto Lindo skąd odpływają łodzie. Dwie godziny autostradą, jest już sucho i słonecznie:) Jednak tylko chwilowo bo w Portobelo spotykamy deszcz, ruiny i błoto. Tydzień wcześniej z powodu silnych opadów obsunęła się góra, zalewając część wioski i zabijając przy tym 4 osoby. To dlatego po drodze mijaliśmy smutne twarze mieszkańców, chociaż Karaiby to tak jakoś mało Karaibsko, ludzie po tragedii jeszcze nie doszli do siebie i wszystko było pozamykane. W Puerto Lindo zatrzymujemy się w Hostelu Wunderbar prowadzonym przez nieogarnięte małżeństwo z Niemiec. Oprócz noclegu w oryginalnej chacie Indian Kuna oferują odpłatną pomoc w znalezieniu wolnego miejsca na rejsy do Kolumbi. Szcześlwie, już niedługo po przyjeździe, mamy zarezerowaną łódź u kapitana Dawida z Francji, na 17 gudnia. Udało się! Hurra! Jednak nasz motocykl popłynie oddzielnie, dzień później z kapitanem Marko z USA. Na drugi dzień pod wieczór pomagamy zamontować motocykl na łodzi, ku naszemu miłemu zaskoczeniu, bez żadnych problemów i wydaje się być wyjątkowo stabilnie przymocowany.
Od Puerto Lindo,San Blas
Kapitan gwarantuje, że gdyby "coś" się wydarzyło to oczywiście odkupi motor ale nigdy jeszcze nie miał podobnej przygody, oby ;) Już bez motocykla musimy jakoś wrócić 30 km do hostelu, więc z kaskami w ręku początkowo jedziemy stopem z życzliwymi żołnierzami, później 2km spaceru w latarkach czołowych, pewnie wyglądaliśmy kosmicznie bo wszystkie samochody nas omijały szerokim łukiem. Jednak jeszcze jednego stopa na szczęście udało nam się złapać. W hostelu poznajemy parę Paulinę i Pola z Holandii oraz Manu i Kaia ze Szwajcari W szóstkę jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami miejsca na rejs. Na dosyć wysoką cenę wpływa fakt, że jest to teoretcznie po za samolotem jedyna możliwa próba dotarcia do Ameryki Połudnowej. Dla śmiałków pozostaje oczywiście jeszcze możliwość przedostania się przez Darien Gap ale z naszym BMW to raczej mało prawdopodobne. Robimy niezbędne zakupy na podróż, a paszporty podbijają nam celnicy którzy przyjechali do hostelu. Z samego rana pobudka i o 8.00 jesteśmy już wszyscy na pokładzie "Tango". Po kilku godzinach wychodzi Słońce... błękitne morze i rajskie wyspy San Blas to raj na Ziemi.
Od Puerto Lindo,San Blas
Przez prawie trzy dni korzystamy z pogody, Morza Karaibskiego, które przecież kochamy i snurklujemy m.in. w ruinach zatopionego przed 30 lat statku, jemy świeżo złowione ryby, tropikalne owoce (swoją drogą Dawid nieźle gotuje) i przy okazji wieczornej butelki rumu poznaliśmy Javiera, hiszpańskiego kapitana z Walencji, któremu pięć dni wcześniej zatonęła łódź. Jak stwierdził, był trochę pijany i nie zauważył skał o które nieszczęśliwie się rozbił. Sam czuje się na 37 lat, chociaż wygląda na więcej , obecnie mieszka na wyspie z Indianami Kuna, karmią go i ubierają. Stracił wszystko. Mówi, że jest szczęśliwy, korzysta z życia i cieszy się, że ma niespodziankę w podróży. Pewnie jego żona i dwójka dzieci w Walencji też się cieszą ;)
Od Puerto Lindo,San Blas

Po błogim czasie spędzonym na wyspach San Blas, przyszedł czas na otwarte morze i około 48 godzinną drogę do Cartageny. Niestety, choroba morska sprawiła, że pierwsze 24 godziny przespaliśmy a i tak chciało nam się jeszcze dłużej. Większość czasu tak bujało, że trzymaliśmy się materacy od łóżek, chodzenie było prawie niemożliwe, a o apetycie nie było mowy. Po 36 godzinach fale ustały, a morze się uspokoiło. My jak i reszta załogi powróciliśmy do zdrowia, a podczas naszej nocnej warty na łódce, podziwialiśmy niesamowicie gwiaździste niebo. Ten rejs to dla nas wspaniała przygoda, której pewnie nigdy nie zapomnimy.
Zaraz po świcie na horyzoncie ukazał się zarys wzgórz Kolumbii, uśmiechy na twarzach i trochę szkoda, że to już koniec rejsu, jednak najważniejsze, że szczęśliwie dopłynęliśmy do Cartageny gdzie spędzimy Święta.




Wszystkim życzymy
Wesołych Świąt !!!

Od Puerto Lindo,San Blas







Bequete

3 komentarze:

Kylo pisze...

Wesolych Swiat(od Edzia także) :)

Kojka pisze...

Szczęśliwego Nowego Roku oraz niezapomnianej, wspaniałej imprezy do białego rana!!! Łączymy się myślami z Wami w ostatni dzień starego roku! I obiecujemy wznieść za Was bąbelkowy toast o północy ;-).

agag pisze...

hej:)
jadę trasą podobną do Waszej i stąd moje pytania:
- Czy promu z Puerto Lindo szukaliście w Panama City?
- Czy płynęliście z Puerto Lindo do Cartageny?
- Ile całościowo trwała przeprawa i jaki był koszt płynięcia?
- Rozumiem, że pomagaliście na łodzi? Jakie były Wasze zadania?

Będę bardzo wdzięczna za odpowiedzi:)
pozdrawiam z Nikaragui!
http://travelike.pl/