czwartek, 2 grudnia 2010

Rekordowe 5 godzin na granicy.

Z San Jose del Sur do granicy z Kostaryką mieliśmy jakieś 50 kilometrów, po niecałej godzinie jesteśmy na miejscu. Jedno z większych i ważniejszych przejść granicznych w Ameryce Centralnej. W końcu wjeżdżamy do tak zwanej "Szwajcarii Ameryki". Standardowe reguły, najpierw paszporty, później dokumenty na motor, jedyną nowością było podwojenie punktów kontroli dokumentów ( i sprawdzanie ich po dwa razy) oraz obowiązkowa kontrola bagaży ze względu na narkotrafiko, którą na szczęście przeszliśmy w 3 minuty bez potrzeby zdejmowania bagaży z motocykla. Wtedy doszłaby nam jeszcze jedna zmarnowana godzina. Od strony Nikaragui przejeżdżamy kilometr do budynków celników z Kostaryki, początkowo mylą się i w paszportach wbijają nam salida zamiast entrada więc musimy zawrócić po nowe pieczątki, postój w kolejce, zrobione. Jeszcze tylko odprawić motor i w drogę:) Podchodzimy do okienek. Jednak po chwili pani zza szyby kręci głową i bez czytania wypycha przez szparkę dokumenty! Co?!
Początkowo nie wszystko rozumiemy, pokazuje nam podkreślone paragrafy w swoim podręczniku, a ponieważ przez 5 centymetrowy otwór na wysokości 1 metra ciężko się rozmawia, prosimy o możliwość wejścia do środka. Okazuje się, że nasze wystawione przez meksykański urząd, pieczętowane i firmowane przez urzędników ich stanowiskiem, imieniem i nazwiskiem zaświadczenie są dla celniczki nieważne, bo to meksykańskie. Nasze tłumaczenia, że to co posiadamy w zupełności wystarcza do opuszczenia granicy i nie mieliśmy żadnych problemów na poprzednich przejściach utwierdza ją tylko w błędnym przekonaniu, że tam mają jeszcze większy burdel. Nie wjedziemy i koniec! Skandal! Jak to nie wjedziemy? To co mamy zrobić? Zawrócić do Meksyku? Wściekli i częściowo bezradni w takiej sytuacji chcemy rozmawiać z kierownikiem. Pani która się pojawiła wpada na jedyne możliwe rozwiązanie aby udać się do prawnika, który ma swoje biuro 300 metrów od granicy i potwierdzi i nasze meksykańskie zaświadczenie. Pierwszy raz spotykamy prawnika na przejściu, jak się chwilę później okazało, podobnych biur jest więcej! Acha więc tak to działa. Prawnik w pół godziny na podstawie naszego napisał nowe, tym razem krótsze o połowę. Powiedział, że to to samo co już mamy, ale jesteśmy w Kostaryce a nie w Meksyku i poprosił o 30U$D. A tak to Kostaryka, prawie Europa?! Zgodził się na studencką zniżkę i zapłaciliśmy 5 dolarów mniej. Z nowym dokumentem, bez problemu otrzymujemy wizę na 90 dni i bez podziękowania z ponurymi minami wychodzimy. Zmarnowane ponad 5 godzin na granicy! Zaczyna się ściemniać więc o dojechaniu do stolicy nie ma mowy. Dojeżdżamy do Playa Coco nad Pacyfikiem i tam zatrzymujemy się na noc. Na miejscu jeszcze szok cenowy! Poszaleli. Oj szybko się stąd zwiniemy:)

5 komentarzy:

Kylo pisze...

Dziala Wam pewnie tylko siec komorkowa ICE (Intituto Costarricense de Electricidad w Kostaryce?

wartaczos pisze...

Brawo Kylu za wiedzę ;)
Skąd masz takie newsy?

machy pisze...

Hej, Wartacze,

troche jest rzeczywiscie tych historii z granicami w ameryce srodkowej, ale jak tylko wjedziecie do poludniowej, zobaczycie ze panstwa duze i granice rzadziej :) a na nich zaden problem zreszta, tylko czas zabiera wypelnianie papierow. w sumie my zawsze bylismy ciekawi jak to bedzie i nam to dodawalo troche podekscytowania :)

pozdr
m.

Kylo pisze...

a stąd http://www.koniecswiata.net/ameryka-centralna-i-karaiby/kostaryka/encyklopedia/co-warto/ :) Poczytajcie co i nieco :)

Anonimowy pisze...

Alo kochani moi:) Jak sie miewacie, wszystko gra? Mam nadzieje, ze wszytsko z gorki:) Ja zaczalem walke z organizacja obozow dla dzieci i szkolki plywania... Sciskam was z calej sily, buziaki!!! MACKO