środa, 6 października 2010

Ostatnie dni spędzamy na intensywnym poszukiwaniu motocykla, a to w ponad 20 milionowym mieście nie jest tak proste jakby się to mogło wydawać. A wręcz przeciwnie. Dotarcie do miejsca aby obejrzeć interesujący motocykl, który najczęściej jakby na przekór znajduje się na drugim końcu miasta, nawet samochodem zajmuje 5 godzin :/ Chociaż wybór niewielki i warunki nie sprzyjają to jest iskierka nadziei. Co z tego wyniknie? Na pewno napiszemy. Póki co z biegania po urzędach wynika, że jako Polacy motocykl nabyć możemy, możemy nim nawet jeździć a co lepsze wyjechać z kraju i później sprzedać:) WOW.. Kolejną, dosyć istotną rzeczą jest kwestia wypłaty pieniędzy z bankomatu. Pamiętać należy, że jednorazowo pobrać można maksymalnie 6000 peso, więc nawet jeżeli już znajdzie się ten wymarzony, to trzeba wziąć parę dni poprawki na uzbieranie całej kwoty.
Niedziela targ i Plac Tlatelolco 
Z samego rana w niedziele pojechaliśmy na targ do najniebezpieczniejszej dzielnicy w Mexico City. Mama podwiozła nas do domu kolegi Adriana - Charliego, który gra z nim na perkusji w zespole metalowym, a zawodowo jest trenerem fitness :D Przypakowany kolega z racji tego, ze sam niepewnie czuł się jako ochroniarz wziął ze sobą kolejnego przypakowanego kolegę. W tej asyście cała nasza 5 udała się na targ. Mieliśmy ze sobą tylko 200 pesos, żadnych zegarków, telefonów, biżuterii itp. Śmiać nam się z Rafkiem chciało, bo nic niepokojącego nie zauważyliśmy, oprócz kilku wytatuowanych kolesi, a straciliśmy możliwość zrobienia zdjęć kilku osobliwościom. Popularne były przenośnie salony kosmetyczne i fryzjerskie. Kobiety depilowały sobie wąsik, farbowały brwi,dopinały treski a mężczyźni strzygli. Wszystko to pod gołą chmurką, upchane pomiędzy stanowisko z koszulami a płytami. Żadnej krępacji. Oprócz tego targ niczym się nie różnił od typowego targowiska polskiego. Można tam było kupić wszystko od broni na afrodyzjakach kończąc.
O umówionej godzinne przyjechała po nas mama i zabrała nas na Plac Tlatelolco gdzie 2 października 1968 roku doszło do masakry studentów.W sobotę była 42 rocznica tych wydarzeń. Na miejscu spotkaliśmy człowieka, który brał w tym udział i nie zginął tylko dlatego, że jakaś kobieta pomogła mu uciec. Pokazał nam ranę na nodze od kuli. Podobno ludzie pływali we krwi zabitych. Po więcej informacji zapraszam do internetu.
Zdjęcia mamy z tel. komórkowego ale jeszcze nie mam ich na kompie. Aparatu swojego nie wzięliśmy, ponieważ targ zbyt niebezpieczny ale zapomnieli dodać, że przyjedzie po nas mama :/

Brak komentarzy: