piątek, 7 stycznia 2011

Pierwsze kroki w Ekwadorze i Quito do Kitu...

Zaraz za granicą tankowanie i miła niespodzianka. Za galon benzyny (prawie 4 litry) zapłaciliśmy 1,50 U$D. W strugach deszczu, przemoknięci i głodni dojechaliśmy do Otavalo. Nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy najpierw coś zjeść zanim rozpoczniemy poszukiwania noclegu. Lokalna restauracja, wchodzimy, wybór niewielki, wybieramy "papi pollo" czyli porcję kurczaka z frytkami. Gdy posiłek trafił na stół, naszym oczom ukazał się koszmarek kulinarny czyli upierzone (od pierza!) i zeschnięte skrzydełka kurczaka otoczone przez mokre od oleju frytki. Cena była niska więc nie śmialiśmy protestować. Przy regulowaniu rachunku, panie podliczyły nas jak gringo. Co to, to nie! Chwila nieprzyjemnej dyskusji i po opłaceniu właściwej kwoty, zdegustowani wychodzimy. Na szczęście znaleźliśmy miły hostel prowadzony przez Amerykanina z USA, który mieszka tu od 12 lat.

Od Otavalo

Otovalo słynie z największego w Ameryce Południowej indiańskiego targu pod gołym niebem, niestety dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że największe atrakcje są w sobotę, kiedy to oprócz tradycyjnych wyrobów sprzedaje się również zwierzęta. Przez cały tydzień na targu można kupić za to wszelkie rękodzieła, wyplatane tkaniny, meble, biżuterię, dywany ze skóry i inne przedmioty.

Od Otavalo

Każda pobliska wioska specjalizuje się w innym wyrobie, którego tradycja sięga już od wieków. Sami zakupiliśmy dwa ręcznie plecione hamaki, a dla Dotki bransoletkę. Miasteczko niewielkie, czyste i całkiem przyjemne, a Indianie stołują się w znajdujących się na każdym kroku chińskich restauracjach :)
Na drugi dzień zanim wyruszyliśmy do stolicy, powtórka z rozrywki. Czyli motor początkowo nie chciał odpalić i udało się dopiero z pychu. Oj zajmiemy się tym w Quito. Po drodze pierwszy raz przekroczyliśmy równik. Niby nic a cieszy.

Od Quito

Na peryferiach miasta zajechaliśmy do serwisu BMW. Opisaliśmy poranne historie z odpalaniem, mechanik nie potrafił zdiagnozować problemu. Więc za niego zadecydowaliśmy, że wymienimy świece. Uparł się aby zostawić motocykl na noc, jednak najpierw chcieliśmy znaleźć nocleg i wrócić bez bagaży.
Quito to druga pod względem wysokości położona stolica na Świecie (prawie 2800m n.p.m). W drodze do centrum było zimno i nieprzerwanie padał deszcz. Na skrzyżowaniu przejeżdża obok nas policja na motorze, jeden z policjantów macha ręką abyśmy za nim pojechali. Po chwili zatrzymuje się na poboczu więc my za nim. Policjanci zaczęli tłumaczyć, że istnieje ograniczenie ruchu w mieście i w określone dni mogą poruszać się tylko pojazdy z konkretnym numerem na końcu rejestracji. Dla przykładu nasza rejestracja kończy się na 4 i możemy się poruszać jedynie w środę. A, że dzisiaj wtorek chcieli nas zholować na parking policyjny. Przyjęliśmy taktykę: strugamy bażanta. Nagle zapomnieliśmy języka hiszpańskiego a i po angielsku ni w ząb. Jedyne o co ich w kółko wypytywaliśmy to czy to już centrum? I pod nos podtykaliśmy kartkę z wypisanymi adresami hosteli. Zadziałało! Policjanci zaproponowali, że pomogą nam odnaleźć hostel. W asyście policjantów zajechaliśmy pod właściwy adres, przynajmniej się nie gubiliśmy.
Zakaz to zakaz, do mechanika będziemy mogli pojechać rano. Wieczorem przeszperaliśmy wszystkie fora w internecie i eksperci radzili wymienić świece i filtr powietrza. Następnego dnia wizyta w salonie BMW trwała ponad 5 godzin ale przy okazji mechanik wyczyścił gaźnik i naciągnął łańcuch. Strzał w dziesiątkę, motor pali bez zarzutu.

Od Quito

W hostelu przy śniadaniu poznaliśmy zakręconą parę DJ'ów z Turcji Emrah i Sheniz, którzy od 6 miesięcy podróżują na dwóch Kawasaki KLR 650 z Kanady i planują dojechać do Patagonii. Szaleni, na bagażnikach instalują miksery i tak serwują muzykę :) dla ciekawskich ich strona: www.burnata.com
Wybraliśmy się na zwiedzanie historycznej części Quito, oprócz ciekawej architektury miasto dla nas mało atrakcyjne, pełno meneli w centrum i śpiących na ulicy bezdomnych.

Od Quito

UWAGA! Poniższy wpis nie jest przeznaczony dla osób o słabych nerwach! I prosimy nie powtarzać naszym Babciom!
Chcieliśmy jeszcze wejść na wzgórze Mirador El Panecillo aby zrobić zdjęcia na panoramę miasta. Oddaliliśmy się od ścisłego centrum Plaza Grande kilka przecznic, kiedy niespodziewanie ktoś pociągnął Rafała za plecak z aparatem. To trzech bandytów, a jeden z nich w ręku trzymał duży, kuchenny nóż. Od razu w krzyk! No!! No!! Policia!!! POLICIA!!! Rafał odruchowo upadł na plecy aby chronić plecak, a jeden ze zbirów złapał Dorotę za ręce. Szok! Co się dzieje?! Nasze krzyki musiały zdezorientować napastnika, który zasłonił nóż aby mieć pewność, że nikogo nie ranił. Użył go jako straszaka. Trwało to chwilę, oboje podczas szarpaniny podświadomie wydzieraliśmy się wniebogłosy! Na ulicy zatrzymała się taksówka, zza rogu wyszli przechodnie. Jeden ze złodziei puścił Dotkę, przywalił Rafałowi z pięści w głowę i wszyscy uciekli. W ciągu sekundy wskoczyliśmy do stojącej taksówki. Na szczęście nic się nie stało i niczego nie ukradli. A głowę Rafko ma twardą i poza niewielkim guzem bez obrażeń. Wróciliśmy w szoku do naszego hostelu i odechciało nam się dalszego zwiedzania miasta. Nie spodziewaliśmy się takiej sytuacji, tym bardziej, że była 12 w południe, a w centrum roi się od policji i wojska. Jednak stolice mogą być niebezpieczne. Od początku naszej podróży nie mieliśmy takiej sytuacji pomimo spędzonych trzech tygodni w Mexico City i pobytu w Ameryce Centralnej. Takiego zdarzenia nie można przewidzieć chociaż jesteśmy czujni. Jutro wyjeżdżamy z Quito, małe miasteczka są bezpieczniejsze.


Otavalo
Quito

1 komentarz:

Kojka pisze...

Boże! Uważajcie na siebie! Dobrze, że was ze strachu nie zatkało i mogliście krzyczeć. Pozdrawiam Was i będę się za Was modlić;)żeby Was juz taka przygoda nie spotkała. No i dobrze, że aparat uratowany, bo jakby Wam ukradli to kaplica. Ciał