Następny nasz przystanek to Huanchaco (koło Trujillo), kolejna plaża. Tym razem bardziej turystyczna. Na trasie mieliśmy nie miłą przygodę ze skorumpowaną policją, -60 soli (ok.60zł) za brak ubezpieczenia którego nie musimy mieć i nie możemy kupić :/ Wolf miał rację, trzeba zjeżdżać z Panamericany. Tak zrobimy.
W tym czasie zatrzymaliśmy się w Huanchaco. Pełno ludzi, sprzedawców pamiątek i różnych innych, charakterystycznych dla tego typu miejsc.
Zbiegiem okoliczności, ale z racji tego, że zatrzymaliśmy się w tym samym hostelu co Turcy, szybko poznaliśmy się z nowojorską D'Jką. Zostaliśmy zaproszeni na prywatną imprezę, w klubie przy plaży. Z grzeczności nie odmówiliśmy ;) Zaliczyliśmy dobry balet. Tańce, adaptery i widok na Ocean.
Zregenerowani wyruszyliśmy w kierunku Chimbote a po drodze zajechaliśmy do ruin Chan Chan.
Przed samym Chimbote zjechaliśmy w kierunku Parku Narodowego Huascaran. To była świetna decyzja, po około 40 kilometrach skończył się asfalt, a rozpoczął nasz pierwszy, prawdziwy szutr. Aventura! Tylko góry, d'je-kosmici i my. Widoki księżycowe. Surowo.
| Od Park Narodowy Huascaran |
|
| Od Park Narodowy Huascaran |
Naszych kompanów najwyraźniej przerosła trasa, już w drodze coś marudzili i następnego dnia wyruszyliśmy sami :)
Średnia prędkość 20 km/h, droga momentami nie szersza niż 3 metry, telepało jak cholera ale warto.
| Od Park Narodowy Huascaran |
| Od Park Narodowy Huascaran |
Następna noc już w mieście Huaraz. Cywilizacja. Miły hostel, ładny pokój, a w nocy wybudziła nas kłótnia hiszpańskich kochanków rodem z latynoskiej telenoweli :)
Przy śniadaniu dowiedzieliśmy się o możliwości kempowania przy jeziorze Llanganuca. Musimy tam pojechać. Szybkie pakowanie, prowiant kupiony, jedziemy.
Około 60 km w błocie, po dziurach i pod góre pokonaliśmy w ponad 3 godziny. Odległość najmniejsza, a jak dotychczas, to największy nasz wysiłek.Od początku łatwo nie było, pierwsze wzniesienie i klin - przypaliło się conieco Dotce. Później było coraz lepiej. W wiosce indiańskiej dzieciaki waliły z niedowierzaniem w lampę motoru widząc światło. Czas się tutaj zatrzymał.
Przy wjeździe do parku spotkała nas miła niespodzianka. Strażnik zaproponował żebyśmy nie kupowali drogich biletów (65 zl/os.) i zanocowali za darmo przy ich stróżówce z bieżącą wodą i sanitariatem. Dla nas ok. Namiot rozbity, kolacja zjedzona. Ale tej nocy nie pospaliśmy zbyt długo. Choroba wysokościowa dała się ostro we znaki. Za szybko wjechaliśmy. Przeszliśmy chyba wszystkie klasyczne objawy od bólu głowy, osłabienie, niemożność wzięcia oddechu po wymioty, problemy żołądkowe i inne gorsze. Tacy z nas twardziele skauci! Pierwszy nocleg powyżej 3900m n.p.m. to dla nas jeszcze za dużo.
Jak tylko odzyskaliśmy zdrowie pojechaliśmy zobaczyć Laguny.
| Od Llanganuca |
Po raz pierwszy spróbowaliśmy "mate koka" czyli naparu z liści koki o działaniu podobnym do kawy.
Z informacji od miejscowych Indian dowiedzieliśmy się, że "Na terenie Parku występują głównie luźne zbiorowiska trawiaste z pojedynczymi osobnikami Puya raimondii i Polylepis a faunę reprezentują wigonie, alpaki i szynszyle oraz kondor wielki i kondor królewski" i inne ciekawostki, których "na pewno" nie przeczytacie w Wikipedii :)
| Od Llanganuca |
Kemp udany, urocze miejsce. Cisza i spokój. Wróciliśmy szczęśliwi do Huaraz. W mieście właściwie nie ma turystów. Centru, bogate jest w podstawowe serwisy, sklepy i agencje. Tak też lubimy. Miasteczko z klimatem. Wspaniałe śniadania w kafejce u babci i wnuczki :)
| Od Huaraz |
| Od Huaraz |
My się jednak wspinać jeszcze nie będziemy, marzy nam się Amazonia. Tutaj dla nas za zimno.
Od jakiegoś czasu wypytywaliśmy o możliwości dostania się do Boliwii przez Brazylię. Z miasta Pucallpa jest opcja bark, rzeką do drogi BR364 w Brazylii. Jednak za względu na porę deszczową do kwietnia jest to nie możliwe. Asfaltu brak, a błoto niedopokonania nawet dla ciężarówek. Trasa wydaje się być bardzo ciekawa w porze suchej. Wpisujemy ją na naszą listę "do przejechania". Musi poczekać, a szkoda bo cieszyliśmy się na tą myśl.
Póki co jesteśmy w drodze do Cusco.
![]() |
| Park Narodowy Huascaran |
![]() |
| Llanganuca |



5 komentarzy:
Hej! Taki skok w bok to dobry ruch! Piekna ta droga do Caraz, nie???? Mam nadzieje ze pogoda Wam sie ulozy bo nas deszcze w Gorach wygonily z powrotem nad Ocean. Zalowalismy ze sie nie udalo.
Tak dalej!
M.
A myslicie juz o przedluzeniu pobytu w Amer. Poludniowej???
Droga przepiękna. Pogoda w kratkę i my również uciekliśmy nad Ocean.
O przedłużeniu nie myślimy, a prędzej o następnej podróży przez Brazylię. Póki co nasze serca należą do Ameryki Centralnej.
Pozdrawiamy dr
Piękne, piękne zdjęcia. Życzę powodzenia w dalszej drodze :)
Dziękujemy! Cieszymy się, że się podobają :)
Prześlij komentarz