Łódź do Kuala Perlis odpływała o 9.30, świeciło piękne słońce, powietrze było rześkie i wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że kapitan odpływa wyłącznie wtedy, kiedy zbierze się minimum10 osób. Było 5 minut do planowanego wypływu, a włącznie z nami czekało dopiero 5 osób. Słabo, zaczęliśmy się obawiać, że może tego dnia wogóle nie wypłyniemy? Jednak za wszelką cenę chcieliśmy się wydostać z Tajlandii. Szczęśliwie okazało się, że w tym samym czasie wypływają promy do Langkawi (mega turystycznej wyspy Malezji). Chwila zastanowienia i moment później staliśmy już z biletami w ręku przy odprawie.
Po 1,5 godzinnym rejsie przywitała nas Malezja! Przekroczyliśmy drzwi terminalu i przeżyliśmy lekki szok. Starbucks, cukiernie, sklepy bezcłowe, oferty drogich hoteli i SPA, czysto, bogato i pełno turystów. Hmm.. trzeba się stąd szybciej ewakuować niż myśleliśmy. Bez problemu znaleźliśmy darmowe Wi-Fi i rozpoczęliśmy planowanie pobytu w Malezji. Szczęśliwie w budynku obok znajdowało się centrum informacji turystycznej, tam darmowe mapy, foldery, obsługa znająca płynnie angielski, kompetentna i pomocna.
Po czterech godzinach intensywnej pracy, wszystko było gotowe, pierwsze bilety kupione. Jedziemy prosto do Cameron Highlands! W oczekiwaniu na przesiadkę kimamy na dworcu w Ipoh. ;)
Na miejsce docieramy z samego rana. Wysiadamy w malowniczym miasteczku Tanah Rata, położonym w górach na wysokości 1200m n.p.m. Od razu chłodniej, co w tropikalnym klimacie oznacza 20-25 stopni.
Wbrew wcześniejszym informacjom udaje nam się znaleźć niedrogi nocleg. Szybkie rozeznanie w miasteczku co, gdzie, jak i za ile? I jeszcze przed zjedzeniem śniadania wynajmujemy skuter.
Znowu samodzielni! Odwiedzamy plantacje herbaty, z których słynie Cameron Highland. Robią na nas niesamowite wrażenie. Można bez ograniczeń chodzić po całej uprawie pomiędzy krzakami rosnącymi na stromych górach.
Wejście bezpłatne, a co najważniejsze na koniec w herbaciarni z widokiem na plantację można spróbować wszystkich hodowanych tam odmian.
Wycieczka pierwsza klasa!
Na drugi dzień wybraliśmy się na "farmę motyli". (wielka lipa, więcej martwych owadów niż żywych).
Oraz na samodzielny spacer po dżungli, która otacza miasteczko. Z małą mapką nie ma strachu, trasy podobno oznaczone i trudno się zgubić. Jednak podejścia okazały się dosyć strome i wymagające.
W dżungli panuje dodatkowo duża wilgotność i po 2 kilometrach byliśmy już cali mokrzy. Wokół soczyście zielono, dziko, podoba nam się. Rozochoceni idziemy coraz dalej w głąb, śmiejąc się po drodze z ofert agencji, które widzieliśmy w miasteczku. Proponowały turystom przewodnika i pokaz jak przeżyć w dżungli na wypadek gdyby ktoś się zgubił.
A jak tu się zgubić? Przecież ścieżki wydeptane. Śmiechom nadszedł jednak koniec w momencie kiedy skończyła się nasza dróżka, którą maszerowaliśmy od dobrych czterech godzin. Czy na pewno dobrze skręciliśmy? Droga się urywa! A może ktoś znak przekręcił? Dziwne. Rozglądamy się wszystkie strony. Co robić? Wracać się nie mamy siły i późno. Chyba się zgubiliśmy! Miny nam zrzedły. Szukamy innej opcji i kilkadziesiąt metrów obok znajdujemy jakąś ścieżkę. Pewności nie mamy czy to szlak ale wydaje się, że ktoś tędy, kiedyś już szedł.
Początkowo przedzieramy się przez chaszcze. Przeciskamy między konarami, coraz wężej, robi się stromo, ślisko i ostatecznie coraz trudniej się przedostać. Przypominamy sobie programy z Discovery "how to sur vive", które namiętnie oglądaliśmy jeszcze w Polsce. Po głowie chodzą nam różne pomysły, gdzie i jak możemy przenocować jeżeli nie zdążymy wydostać się przed zmrokiem? Ostatnie metry zbocza właściwie zjeżdżamy na tyłkach, spadając na kamienie. Nagle słyszymy odgłosy spadającej wody. Dobry znak, to pewnie rzeka albo wodospad, nie zginiemy! Podążamy w tym kierunku i kilkadziesiąt metrów dalej, zza krzaków widzimy dwójkę turystów. Nie wierzymy własnym oczom! Uratowani! Cali brudni zbiegamy w ich stronę. Uff trafiliśmy z powrotem na szlak.
Wierzyć nam się nie chce co jeszcze przed chwilą przeżyliśmy...dodatkowo, Dotka z przerażeniem odkrywa na Rafka czole pasażera na gapę, niewielką pijawkę!
Następnego dnia pojechaliśmy z krótką wizytą do Kuala Lumpur. To co rzuciło się od razu w oczy to wielokulturowość Malezji, widać ją na każdym kroku. Żyją tutaj koło siebie Malajowie, Chińczycy i Hindusi. Główną religią jest islam ale jest jeszcze buddyzm i hinduizm. Wszyscy ludzie są uśmiechnięci, obłędnie mili i serdeczni do tego stopnia, że początkowo budziło to w nas podejrzenie. Aż trudno w to uwierzyć ale Malezyjczycy po prostu tacy są! Trudno się dziwić, że to tutaj wszystkie kultury i religie żyją w zgodzie ze sobą, szanując się nawzajem. Kraj jest przepiękny, a gospodarka na wysokim poziomie.
Oprócz China Town
i Little India
zwiedziliśmy również obowiązkowy gwóźdź programu.
Do 2004r. najwyższy budynek na świecie - 452 metrowe Petronas Towers.
W Petronas Towers wybraliśmy się na zwiedzenie szklanego mostu, który na wysokości 41/42 piętra łączy dwa budynki.
Wcześniej jednak obejrzeliśmy 7 minutowy film i dowiedzieliśmy się o tym dlaczego Malezja jest taka bogata, a jest ponieważ wydobywa co roku rekordowe ilości ropy eksportując ją do ponad 50 krajów na świecie.
Na parterze budynku oprócz Filharmonii znajduje się centrum handlowe (Suria KLCC) najlepsze, znane marki. Bardzo ekskluzywnie i niebotycznie drogo.
Nieszczęśliwie kartę kredytową zostawiliśmy w hotelu ;) także darowaliśmy sobie zakupy i polując z aparatem na szyi po sklepowych wystawach wyłoniliśmy rekordzistę!
Chociaż bliźniacze budynki faktycznie są imponujące, a stolica jest nowoczesna i rozwinięta to tylko raz podczas naszej podróży do Chin (w 2007 roku) na widok podświetlonych wieżowców w Hong-Kongu autentycznie zaparło nam dech w piersiach, a serce stanęło z wrażenia.
Ponieważ nasza ostatnia przygoda w dżungli rozbudziła nasze dzikie instynkty, po dwóch dniach spędzonych przyjemnie w stolicy, trzeciego dnia spakowani o świcie i wyruszyliśmy do najstarszej dżungli na świecie - Taman Negara.
Jak podają źródła Taman Negara ma ponad 130 milionów lat. Na teren parku dostać można się kursującymi z Jerantut busami albo rzeką z Kuala Tembeling do Kuala Tahan, w którym nocowaliśmy.
Wieś jest rozwinięta turystycznie, są tutaj niewielkie hostele, restauracje i agencje turystyczne ale na szczęście nie psuje to klimatu w wiosce. Przyznajemy, że nawet miło jest zjeść coś w jednej z restauracji na wodzie z widokiem na dżunglę.
Jest kilka samodzielnych szlaków ale kilkudniowe trasy wymagają już przewodnika i przygotowania. Kolejny atut to niewielka ilość białych turystów, większość to Malezyjczycy albo fotografowie z Japonii.
Pierwsze półtora dnia poświęciliśmy na aklimatyzację, duchota jest na tyle uciążliwa, że nic nie robiąc jest się spoconym i zmęczonym. Jak tylko doszliśmy do siebie wybraliśmy się na "Canopy Walk" czyli spacer po rozwieszonych pomiędzy drzewami na wysokości około 50 metrów nad ziemią linowych mostach. Wyglądało dosyć bezpiecznie ale podczas samego przejścia towarzyszyła nam podwyższona adrenalina.
Ponieważ tropikalny klimat zweryfikował nasze plany i kilkudniowy treking w dżungli musi poczekać wypłynęliśmy z przewodnikiem (innej opcji nie ma) do Orange Asil.
Dzikiego plemienia, które od 1000 lat czyli momentu kiedy przybyli z Afryki, mieszka w dżungli.
Prowadzą koczowniczy tryb życia z dala od cywilizacji, a dzieci nie chodzą do szkoły.
Są pod stałą ochroną malezyjskiego rządu. Żyją przede wszystkim z tego co upolują, żywiąc się głównie małpami i rybami oraz turystyki pokazując jak rozpalić ogień, oraz sprzedając miniaturowe dmuchawki do polowania.
Nam jednak w oko wpadł ręcznie robiony,bambusowy grzebień, które panie nosiły na głowie. Czytaliśmy, że można odkupić od nich czasami niektóre osobiste przedmioty. Przyglądamy się grzebykowi dłuższą chwilę i tak nam się spodobał, że nie chcemy się z nim rozstać. Wciskamy pani 10MYR(ok.9zł) do ręki, pani ewidentnie nie pocieszona, widocznie lubi swój grzebień ale ostatecznie godzi się ze stratą, a my cieszymy się z oryginalnej pamiątki.
Dopiero po powrocie w pokoju uświadamiamy sobie, że faktycznie była zżyta z tą ozdobą, ponieważ zapach naszego zakupu jest wystarczająco intensywny...
| Od Cameron Highlands |
Po 1,5 godzinnym rejsie przywitała nas Malezja! Przekroczyliśmy drzwi terminalu i przeżyliśmy lekki szok. Starbucks, cukiernie, sklepy bezcłowe, oferty drogich hoteli i SPA, czysto, bogato i pełno turystów. Hmm.. trzeba się stąd szybciej ewakuować niż myśleliśmy. Bez problemu znaleźliśmy darmowe Wi-Fi i rozpoczęliśmy planowanie pobytu w Malezji. Szczęśliwie w budynku obok znajdowało się centrum informacji turystycznej, tam darmowe mapy, foldery, obsługa znająca płynnie angielski, kompetentna i pomocna.
Po czterech godzinach intensywnej pracy, wszystko było gotowe, pierwsze bilety kupione. Jedziemy prosto do Cameron Highlands! W oczekiwaniu na przesiadkę kimamy na dworcu w Ipoh. ;)
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
Wbrew wcześniejszym informacjom udaje nam się znaleźć niedrogi nocleg. Szybkie rozeznanie w miasteczku co, gdzie, jak i za ile? I jeszcze przed zjedzeniem śniadania wynajmujemy skuter.
| Od Cameron Highlands |
Znowu samodzielni! Odwiedzamy plantacje herbaty, z których słynie Cameron Highland. Robią na nas niesamowite wrażenie. Można bez ograniczeń chodzić po całej uprawie pomiędzy krzakami rosnącymi na stromych górach.
|
| Od Cameron Highlands |
Wejście bezpłatne, a co najważniejsze na koniec w herbaciarni z widokiem na plantację można spróbować wszystkich hodowanych tam odmian.
Wycieczka pierwsza klasa!
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
Oraz na samodzielny spacer po dżungli, która otacza miasteczko. Z małą mapką nie ma strachu, trasy podobno oznaczone i trudno się zgubić. Jednak podejścia okazały się dosyć strome i wymagające.
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
W dżungli panuje dodatkowo duża wilgotność i po 2 kilometrach byliśmy już cali mokrzy. Wokół soczyście zielono, dziko, podoba nam się. Rozochoceni idziemy coraz dalej w głąb, śmiejąc się po drodze z ofert agencji, które widzieliśmy w miasteczku. Proponowały turystom przewodnika i pokaz jak przeżyć w dżungli na wypadek gdyby ktoś się zgubił.
A jak tu się zgubić? Przecież ścieżki wydeptane. Śmiechom nadszedł jednak koniec w momencie kiedy skończyła się nasza dróżka, którą maszerowaliśmy od dobrych czterech godzin. Czy na pewno dobrze skręciliśmy? Droga się urywa! A może ktoś znak przekręcił? Dziwne. Rozglądamy się wszystkie strony. Co robić? Wracać się nie mamy siły i późno. Chyba się zgubiliśmy! Miny nam zrzedły. Szukamy innej opcji i kilkadziesiąt metrów obok znajdujemy jakąś ścieżkę. Pewności nie mamy czy to szlak ale wydaje się, że ktoś tędy, kiedyś już szedł.
| Od Cameron Highlands |
Początkowo przedzieramy się przez chaszcze. Przeciskamy między konarami, coraz wężej, robi się stromo, ślisko i ostatecznie coraz trudniej się przedostać. Przypominamy sobie programy z Discovery "how to sur vive", które namiętnie oglądaliśmy jeszcze w Polsce. Po głowie chodzą nam różne pomysły, gdzie i jak możemy przenocować jeżeli nie zdążymy wydostać się przed zmrokiem? Ostatnie metry zbocza właściwie zjeżdżamy na tyłkach, spadając na kamienie. Nagle słyszymy odgłosy spadającej wody. Dobry znak, to pewnie rzeka albo wodospad, nie zginiemy! Podążamy w tym kierunku i kilkadziesiąt metrów dalej, zza krzaków widzimy dwójkę turystów. Nie wierzymy własnym oczom! Uratowani! Cali brudni zbiegamy w ich stronę. Uff trafiliśmy z powrotem na szlak.
| Od Cameron Highlands |
| Od Cameron Highlands |
Wierzyć nam się nie chce co jeszcze przed chwilą przeżyliśmy...dodatkowo, Dotka z przerażeniem odkrywa na Rafka czole pasażera na gapę, niewielką pijawkę!
Następnego dnia pojechaliśmy z krótką wizytą do Kuala Lumpur. To co rzuciło się od razu w oczy to wielokulturowość Malezji, widać ją na każdym kroku. Żyją tutaj koło siebie Malajowie, Chińczycy i Hindusi. Główną religią jest islam ale jest jeszcze buddyzm i hinduizm. Wszyscy ludzie są uśmiechnięci, obłędnie mili i serdeczni do tego stopnia, że początkowo budziło to w nas podejrzenie. Aż trudno w to uwierzyć ale Malezyjczycy po prostu tacy są! Trudno się dziwić, że to tutaj wszystkie kultury i religie żyją w zgodzie ze sobą, szanując się nawzajem. Kraj jest przepiękny, a gospodarka na wysokim poziomie.
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
![]() |
| Od Kuala Lumpur |
Od Kuala Lumpur
|
| Od Kuala Lumpur |
Od Kuala Lumpur |
Od Kuala Lumpur
|
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
Do 2004r. najwyższy budynek na świecie - 452 metrowe Petronas Towers.
| Od Kuala Lumpur |
W Petronas Towers wybraliśmy się na zwiedzenie szklanego mostu, który na wysokości 41/42 piętra łączy dwa budynki.
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
Wcześniej jednak obejrzeliśmy 7 minutowy film i dowiedzieliśmy się o tym dlaczego Malezja jest taka bogata, a jest ponieważ wydobywa co roku rekordowe ilości ropy eksportując ją do ponad 50 krajów na świecie.
Na parterze budynku oprócz Filharmonii znajduje się centrum handlowe (Suria KLCC) najlepsze, znane marki. Bardzo ekskluzywnie i niebotycznie drogo.
| Od Kuala Lumpur |
| Od Kuala Lumpur |
Zegarek Piageta za 177.451zł (1 MYR to 0,91zł).
| Od Kuala Lumpur |
Chociaż bliźniacze budynki faktycznie są imponujące, a stolica jest nowoczesna i rozwinięta to tylko raz podczas naszej podróży do Chin (w 2007 roku) na widok podświetlonych wieżowców w Hong-Kongu autentycznie zaparło nam dech w piersiach, a serce stanęło z wrażenia.
Ponieważ nasza ostatnia przygoda w dżungli rozbudziła nasze dzikie instynkty, po dwóch dniach spędzonych przyjemnie w stolicy, trzeciego dnia spakowani o świcie i wyruszyliśmy do najstarszej dżungli na świecie - Taman Negara.
| Od Taman Negara |
Jak podają źródła Taman Negara ma ponad 130 milionów lat. Na teren parku dostać można się kursującymi z Jerantut busami albo rzeką z Kuala Tembeling do Kuala Tahan, w którym nocowaliśmy.
| Od Taman Negara |
Wieś jest rozwinięta turystycznie, są tutaj niewielkie hostele, restauracje i agencje turystyczne ale na szczęście nie psuje to klimatu w wiosce. Przyznajemy, że nawet miło jest zjeść coś w jednej z restauracji na wodzie z widokiem na dżunglę.
| Od Taman Negara |
Jest kilka samodzielnych szlaków ale kilkudniowe trasy wymagają już przewodnika i przygotowania. Kolejny atut to niewielka ilość białych turystów, większość to Malezyjczycy albo fotografowie z Japonii.
| Od Taman Negara |
Pierwsze półtora dnia poświęciliśmy na aklimatyzację, duchota jest na tyle uciążliwa, że nic nie robiąc jest się spoconym i zmęczonym. Jak tylko doszliśmy do siebie wybraliśmy się na "Canopy Walk" czyli spacer po rozwieszonych pomiędzy drzewami na wysokości około 50 metrów nad ziemią linowych mostach. Wyglądało dosyć bezpiecznie ale podczas samego przejścia towarzyszyła nam podwyższona adrenalina.
|
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
Dzikiego plemienia, które od 1000 lat czyli momentu kiedy przybyli z Afryki, mieszka w dżungli.
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
Prowadzą koczowniczy tryb życia z dala od cywilizacji, a dzieci nie chodzą do szkoły.
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
Są pod stałą ochroną malezyjskiego rządu. Żyją przede wszystkim z tego co upolują, żywiąc się głównie małpami i rybami oraz turystyki pokazując jak rozpalić ogień, oraz sprzedając miniaturowe dmuchawki do polowania.
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
Nam jednak w oko wpadł ręcznie robiony,bambusowy grzebień, które panie nosiły na głowie. Czytaliśmy, że można odkupić od nich czasami niektóre osobiste przedmioty. Przyglądamy się grzebykowi dłuższą chwilę i tak nam się spodobał, że nie chcemy się z nim rozstać. Wciskamy pani 10MYR(ok.9zł) do ręki, pani ewidentnie nie pocieszona, widocznie lubi swój grzebień ale ostatecznie godzi się ze stratą, a my cieszymy się z oryginalnej pamiątki.
| Od Taman Negara |
| Od Taman Negara |
Dopiero po powrocie w pokoju uświadamiamy sobie, że faktycznie była zżyta z tą ozdobą, ponieważ zapach naszego zakupu jest wystarczająco intensywny...
![]() |
| Cameron Highlands |
![]() |
| Kuala Lumpur |
![]() |
| Taman Negara |




7 komentarzy:
Jak zwykle spoznie sie do pracy przez Waszego bloga :) Uwielbiam takie poranki. Malezji nie czaje nic, wiec Wasze informacje leja sie jak na biala kartke papieru ;)
Jakie dalsze plany? Co po Malezji?
Pozdr!
M.
Dzięki Machy za dobre słowo.
Jesteś naszym ulubionym czytelnikiem:)
Co po Malezji? No właśnie, na pewno Indonezja a dalej to wielka niewiadoma, ponieważ zaplanowaliśmy spektakularny powrót do kraju, siedzimy w KL i biegamy od ambasady do ambasady i nic!
Wielka lipa, biurokracja .... !
Nie poddajemy się i coś wymyślimy:)
Jak kupno motoru w PL?
O masakra! Wspaniałe zdjęcia i przygoda w dżungli, trochę jak jakieś 12 lat temu na Jaworzynie;),buziaki!
Na Jaworzynie było równie strasznie :)hehehe
hehe jak na tamte lata, pamiętasz tą brechtę? jak zjeżdżałyśmy na tyłkach i zapadałyśmy się w śnieg? Wracajcie już na stare śmieci, strasznie tęskno! A dżungla jest przepiękna! Wyglądacie jak rasowi "survivallowcy"!
aww! większość zdjęć z tego posta jest po prostu genialna! ja wiem, że macie tam cudne miejsca do fotografowania, ale widać też talent do niebanalnych ujęć ;)
Hej.
Dzięki za miły komentarz :)
Cieszymy się, że zdjęcia się podobają.
Pozdrawiamy!!!
Prześlij komentarz