Ze wszystkimi z łódki umówiliśmy się na następny dzień na kolację (propozycja na pizzę), po czym wszyscy rozeszliśmy się w inne strony.
| Od Cartagena |
Gdy wyszliśmy na szybkie rozeznanie jadalno-środowiskowe spotkała nas, a w zasadzie Rafała, miła niespodzianka. Zapytane o drogę panie policjantki wyciągnęły z kieszeni aparat i poklei najpierw jedna, później druga zrobiły sobie z nim zdjęcie.
Następnego dnia, z rana zadzwoniliśmy do domu kapitana Marko wypytać o jego przypłynięcie, info o motocyklu itp. Trochę obawialiśmy się, czy aby nasz motocykl dopłynie cały? Na własnej skórze doświadczyliśmy jak bardzo łódka potrafi się przechylić, stąd też nasze obawy. No i co tu dużo gadać motor to komfort i wygoda i miło jest wiedzieć, że w każdej chwili można szybko się przemieścić.
Raz nie było żony kapitana, a to jeszcze nie wiedziała o której dopłynie mąż. Wykonaliśmy, może z 5 telefonów aby finalnie umówić się na ostatni telefon o 22.
Samo dzwonienie w Kolumbii to śmieszna rzecz, otóż aby zadzwonić na komórkę, nie można tak po prostu zadzwonić z telefonu stacjonarnego czy publicznego na kartę. W całym mieście istnieją sprzedawcy minut - pani lub pan ze stoliczkiem, na którym rozłożone są komórki (na sznurkach) z każdej z sieci. Podchodzi się, podaje numer, sprzedawca wykręca, czeka na odebranie i gdy to nastąpi, mówi "momento" i oddaje słuchawkę. Oczywiście jeżeli z pozostałych telefonów korzystają klienci trzeba się przekrzykiwać!
Od telefonu do telefonu przy okazji zwiedzaliśmy najstarszą część Cartageny. Byliśmy w szoku, to jak dotychczas najładniejsze i najciekawsze miasto jakie do tej pory widzieliśmy. Kolonialna zabudowa, parki, place, ludzie wszystko to miało niepowtarzalny klimat i urok. Mnóstwo rzeźb na na ulicach, kawiarenki i piękna pogoda sprawiały, że to miasto zawojowało naszymi sercami. Nic w tym dziwnego, ponieważ nawet w przewodnikach Cartagena opisana jest jako najromantyczniejsze miasto Kolumbii.
| Od Cartagena |
| Od Cartagena |
Miasto oczarowało nie tylko nas, zakochało się w nim i zamieszkało wielu Europejczyków, dlatego poszliśmy do prawdziwej włoskiej pizzerii, pycha!!! Wieczór spędziliśmy miło, a szczęścia dopełnił ostatni telefon do Kapitana Marka. Motor jest cały. Ustawiliśmy się na 6.00 o świcie w porcie. Na wspomnianą pizzę mieliśmy się spotkać o siódmej na placu Trinidad. W dzień zaszliśmy tam aby wiedzieć gdzie on jest ale nie zrobił na nas większego wrażenia. Gdy wieczorem przyszliśmy po raz drugi szok, na niewielkim placu przy obdrapanym kościele bawi się kilkadziesiąt dzieci, młodzież się przytula, śmieje, starsi siedzą w koło na ławkach i murkach. Rozmawiają, niektórzy piją piwo, inni coś jedzą. Sielskości i niepowtarzalnej atmosfery tego miejsca nie zakłóca nawet policja, która co chwila przejeżdża się wokół placu. Po chwili jesteśmy już w komplecie, dla wszystkich miłe zaskoczenie bo nasz kapitan Dawid przychodzi ze swoją żoną i trójką dzieci. Kupuje wszystkim piwo, rozmawiamy i po chwili stajemy się częścią tego miejsca. Dowiadujemy się, między innymi, że to najurokliwszy plac w Cartagenie.
Rano wszystko poszło sprawnie, na stacji nawet umyli nam za darmo z soli. Wizyta w urzędzie celnym również nietypowo sympatyczna. Biuro nowoczesne, czyste, jakiego dotychczas nie spotkaliśmy w żadnym z krajów. Jednak trzy godziny musieliśmy odsiedzieć i z pozwoleniem na motor szczęśliwi wróciliśmy do hostelu.
Same Święta to dla nas telefony do rodziny. W ponad 30 stopniowym upale daleko od domu trudno poczuć magię Świąt, z resztą sami Kolumbijczycy nie specjalnie je obchodzą. W Boże Narodzenie otwarta część sklepów, ta część to spożywcze i sklepy elektryczno-hydrauliczne? Nawet kolędy mają mało wspólnego z tymi dniami. Z wyłapanego kontekstu większość z nich o Świętach wspomina tylko przy okazji, typu:"W zeszłym roku w Święta powiedziałem, że Cię kocham. Ooo zeszłe Święta ".
Święta, święta i po świętach.
| Od Cartagena |
Kolejna, niespotykaną dotychczas rzeczą była dla nas ilość ludzi oferujących narkotyki na ulicy. Wieczorem na każdym kroku dało się słyszeć: "Friend, friend I have everything"(Przyjacielu, przyjacielu mam wszystko) i podnosili koszulki pokazując przyklejone do ciała woreczki z białym proszkiem. Oczywiście Kokaina, w końcu jesteśmy w Kolumbii. Policja tutaj na cały proceder przymyka oko.
Z żalem opuściliśmy Cartagenę. Niestety mamy mało zdjęć, bo ostatniego, fotograficznego dnia lało niemal cały dzień. Miasto jednak nas zachwyciło i warto wrócić tu jeszcze raz.
Czas na nas.Wyjechaliśmy na południe. Po drodze mijaliśmy zalane wioski, drogi i ludzi, którzy zabierali z domu to co ocalało. Katastrofa i ogromna powódź.
Przejechaliśmy około 400km i zanocowaliśmy w miasteczku o zabawnej nazwie Caucasia. Samo miasteczko bez większych emocji gdyby nie to, że podczas naszej tradycyjnej obiadokolacji (zupa, kurczak, ryż, fasola i smażony banan) w restauracji obok hotelu, zza rogu wyszedł koń, przeszedł się koło naszego stolika i udał się w kierunku centrum?!
Po całodziennej jeździe przez góry dojechaliśmy do Medellin. W tym trzecim co do wielkości mieście Kolumbii. Zatrzymaliśmy się jednak tylko na jedną noc, ponieważ centrum oprócz fantastycznych rzeźb przy Centrum Kultury nie zrobiło na nas specjalnego wrażenia.
| Od Medellin |
Rano wizyta w serwisie Hondy, bo nie było już prawie oleju w ladze, a czekała nas długa droga przez góry. Mechanicy widząc nas porzucili swoje dotychczasowe zajęcia i standardowo dotykali każdej części naszego motoru. BMW wszędzie robi wrażenie.
Droga z Medellin wiedzie przez Andy, pełno zakrętów i średnia prędkość to 40km/h.
Noc zatrzymała nas w górskim miasteczku Anserma.
Znalezienie wolnego pokoju to nie była łatwa sprawa. Wszystkie hotele pełne. Jutro Sylwester. Ale w końcu się udało. Ładny hotelik, elegancko, duże łóżko, czyściutko, ciepła woda (co się prawie nie zdarza, bo w większości hoteli jest tylko zimna) i płaski telewizor. Idealnie. Plan mamy taki aby zostać tu do 2 stycznia. Chociaż nie mamy przewodnika, jesteśmy pewni, że w centrum powinna być wielka impreza sylwestrowa, z muzyką i fajerwerkami. Pod wieczór okazuje się, że z wielkiej fiesty nici i że wszyscy spędzają tę noc w wąskim rodzinnym gronie w restauracjach.Kolejny dzień to ponad 400 kilometrowa malownicza doga do Popayan. Andy, Andy i Andy. Wraz ze wzrostem wysokości, spada temperatura. Powoli z naszych ciał ulatnia się ciepełko zebrane od początku podróży. Zaczynamy marznąć, uczucie to potęguje deszcz, który kłuje nas niczym szpilkami.
| Od Popayan |
W internecie natrafiamy na informacje o karnawale w Pasto (miasteczka położonego niedaleko granicy z Ekwadorem). Szybka decyzja, z rana jedziemy. Wieczorem wyjście na miasto, kilka fotek i rekordowo tania kolacja (4,50 pln za dwudaniowy obiad).
Do pasto mamy 200 km. Dystans niewielki, większość trasy to piękna nawierzchnia, jednak pokonanie jej zabiera nam 5 godzin. Droga przez Andy to przede wszystkim zakręty, serpentyny, zakręty, agrafki, podjazdy i zjazdy czyli wszystko o czym marzy i czego potrzebuje motocyklista:D Dodatkowo widoki zapierające nam dech w piersiach. Są również proste odcinki dla miłośników szybkiej jazdy. Idealna trasa dla każdego motocyklisty. Nic więc dziwnego, że w Kolumbii zaraz po piłce nożnej jazda na motocyklu to sport narodowy! Innych pojazdów niewiele, poza ciężarówkami które z prędkością 20km/h z trudem podjeżdżają pod górę. MP3 podłączone, w uszach wygrywa nam Na Zdrowie, jest Bosko!
| Od Kolumbia w drodze |
W pewnym momencie pęka nam pas mocujący bagaże, przepalił się od rury :/
| Od Kolumbia w drodze |
Przymuszona przerwa oprócz odpoczynku dla pośladków dostarcza nam jeszcze nieoczekiwanie zaproszenie Sylwestrowe i darmowy nocleg:D
Podczas załadunku zatrzymał się przy nas motocyklista. Pyta się czy może nam w czymś pomóc. Grzecznie dziękujemy, bo pakowanie motoru to już dla nas pestka. Przybysz nie odpuszcza. 100 pytań do... A skąd? A dokąd? Co robimy? Jakie plany?
Czy do Pasto? Mówimy, że tak. A może zechcecie zostać u mnie? Spędzimy Sylwka i karnawał razem, mam zdjęcia z tego wydarzenia, zobaczycie. Na imię mam Sebastian, lat 24, pracuje w akademickiej gazecie i właśnie wracam z 2 tygodniowej podróży po Wenezueli.
Chwila konsternacji, patrzymy się wymownie na siebie.
Dotka: Dziękujemy, pewnie! Rock'n Roll. Jedziemy!
OK. Tylko zadzwonię i uprzedzę pozostałych. " Nie wracam sam, przyjedziemy w trójkę, jadę z Polakami!!!". Jedzcie za mną. No to jedziemy :)
| Od Kolumbia w drodze |
Po drodze, w wiosce, na chwile zatrzymuje nas przedsmak karnawałowy. Kolorowe platformy, muzyka i tańce.
Dwie godziny później docieramy do jego domu. W drzwiach witają nas rodzice i sąsiedzi. Bardzo ciepłe przywitanie. Ciekawi wszystkiego. Motor robi furorę bo ledwo mieści się w pokoju obok Hondy 125 Sebastiana. Obiad już czeka na stole, porcje niedoprzejedzenia: zupa z wkładką, makaron, ryż, surówka, mięso z byka. Sok ze świeżych malin. Ale przyjęcie!
Wypytują o wszystko. Ochy i achy. Rozmowy tylko po hiszpańsku. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak dobrze poznaliśmy już ten język. Ciekawi Europy, zwyczajów, wszystkiego. Nie ma kiedy odpocząć.
Chcemy kupić nowe pasy i poszukać interkomu (od Hondurasu nie rozmawiamy ze sobą, bo przy niegroźnym upadku zerwał nam się kabelek), podobno jest tutaj do kupienia. Ruszamy na miasto. Pasów nie udało nam się kupić, ale mamy za to interkom. Znowu będziemy w kontakcie.
W supermarkecie nabywamy małą butelkę Narino (nazwa regionu w którym jesteśmy), lokalnego alkoholu, który zachwala Sebastian.
Niedaleko w barze czeka na nas dziewczyna Sebastiana Maria Fernanda z koleżanką. Pijemy grzaniec z tropikalnych owoców. Działa. Rozgrzewa. Zmieniamy miejsce. Znajoma zaprasza nas do siebie do mieszkania. Tam też otwieramy Narinio. Jest to anyżówka, której smak doskonale pamiętamy z Grecji. Czas szybko leci. Jest już 22. Za 2 godziny Nowy Rok. Trzeba wrócić do domu, zjeść kolację i przygotować się na wyjście, a tak przynajmniej się nam wydawało. Jak się później okazało ten czas spędza się w rodzinnym, wąskim gronie. W domu naszego gospodarza noc jak codzień. Mama robi pranie za pięć dwunasta, tata leży w pidżamie przed telewizorem. Niezły schiz jak dla nas. Jesteśmy w Kolumbii i spędzamy tradycyjnego kolumbijskiego Sylwka.
| Od Pasto |
Chwile przed 24 wychodzimy na zewnątrz. Na ulicach leżą kukły, wypchane trocinami i papierem. Rozcinają im ubrania, wpychają petardy, oblewają obficie benzyną i o 24 wielkie odpalenie. Zewsząd słychać wybuchy i wystrzały. Na ulicach płoną stosy. Znowu podlewają benzyną. A gdy płomienie wzrastają, dorzucają kolejne petardy. Nie wiadomo kiedy wybuchnie i w którą stronę. Wszyscy sąsiedzi składają sobie życzenia.
"Feliz Nueve". Częstują kieliszeczkiem rumu i o godzinie 1.30 wracają do domu spać.
| Od Pasto |
Rano śniadanie i czas na odpoczynek po pięciodniowej jeździe na motocyklu. Po południu poszliśmy na spacer po Pasto i z okazji Nowego Roku zjedliśmy rozsławione lody z żółtym serem.
| Od Pasto |
Nazajutrz z samego rana rozpoczął się karnawał "Blanco y Negro" Pochodzenie tego święta sięga czasów konkwistadorów. Na początku nowego roku, niewolnicy mieli dzień wolny od pracy i mogli świętować. Obecnie symbolizuje równość wszystkich ludzi i ras.
Obejrzeliśmy paradę regionów i prowincji, kolorowe platformy, muzyka, pełno kolorów i szczerej zabawy. Wszyscy byli posypywani białym proszkiem i oblewani pianką.
| Od Pasto |
Po południu nie chcąc nadwyrężać gościnności, pożegnaliśmy się miło z Sebastianem i jego rodzicami. Dziękujemy za wspaniałą gościnę!!!
| Od Pasto |
Było jednak już za późno aby przekraczać granicę więc zatrzymaliśmy się w Ipales. Pojechaliśmy tylko obejrzeć słynny Kościół nad rzeką. Niesamowite wrażenie, zdjęcia zrobione.
| Od Pasto |
W samym Ipales również karnawał, wszyscy wymalowani a w centrum koncert reggae. Nam jednak wystarczyło wrażeń i poszliśmy wcześnie spać aby wypoczęci wjechać do Ekwadoru. Rano spakowani, wsiadamy na motor, odpalamy a tu klapa. Maszyna nie pali. Całą noc padał na niego deszcz i pewnie coś zamokło. Na parkingu spotykamy parę Szwajcarów, którzy od 2,5 roku cieszą się swoją emeryturą, podróżując specjalnie przygotowaną ciężarówką po Ameryce Południowej. Mają tam sypialnię, kuchnię i łazienkę, jednym słowem mały dom, a z tyłu doczepiony taki sam jak nasz motocykl. Szwajcar pomaga nam wypchać motor z parkingu i po zjeździe z kilometrowej górki odpala. Uff. Na granicy bez przeszkód i sprawnie wjeżdżamy do Ekwadoru. Info: nie mamy zasięgu w komórkach.
![]() |
| Cartagena |
![]() |
| Medellin |
![]() |
| Kolumbia w drodze |
![]() |
| Popayan |
![]() |
| Pasto |





6 komentarzy:
PIĘKNIE!!!Wspaniałe krajobrazy, chyba najpiękniejsze miejsce do tej pory!I ten kościół- robi wrażenie! W ogóle odlot i mnóstwo się u Was działo. Oby tak dalej! Ślemy pozdrowienia lubelskie! Buźka!
p.s. Widzę, że Rafał się zamienia w hipisa. Coraz dłuższe włosy ;)
Hej,
nie na hipisa, tylko chcę poczuć wiatr we włosach jak jadę na motorze;)
Z tym momencie mnie zszokowaliscie... Nie chce nic mowic ale moja reakcja bylaby inna :P Ej forfiter szwagier masz moja siostre trzymac w szeregu nie do zatrzymania :P hehe
KURCZE CZEKAM NA ODPOWIEDZ KIEDY BEDZIECIE W CHINACH BO NA STO PROCENT DO WAS JADE TYLKO GDZIE I KIEDY... I JAK Z WIZĄ :)
Hej Kylu Twardzielu, hehe.
My nie jedziemy do Chin!
I nie planowalismy.
Pozdrawiam.
Heh no inaczej sie umawialismy ale dobra :) Dajcie znac jak sie z Wami skontaktowac na "priv" .
W Chinach byliśmy, pisz na drwartacz@gmail.com
Pozdro.
Prześlij komentarz