piątek, 4 marca 2011

Boliwia. Urbana.

Na granicy Boliwii od początku specyficznie.Czekaliśmy ponad dwie godziny na kogoś kto potrafi pisać na komputerze, żeby odprawić motor. W nasze paszporty bez sprawdzania, od razu wbito wjazd na 90 dni. Byliśmy jedynymi turystami. Reszta przekraczających granicę to Indianie-analfabeci, którzy musieli płacić za przysługę przepisania ich danych z dowodu na wizę. Jedyną osobą potrafiącą pisać była młoda dziewczyna, która w ten sposób sobie dorabiała.

Od W drodze do Boliwii

Po drodze pogoda nie sprzyjała i przemarznięci do kości, wjechaliśmy do najwyżej położonej stolicy na Świecie (3600 - 4100 m n.p.m.). Biorąc pod uwagę kryterium wysokości to takich naj Boliwia ma więcej. Jest tutaj najwyżej położone jezioro, lotnisko, solnisko, tor kolarski i stadion, na którym reprezentacja kraju wygrywa prawie wszystkie spotkania. Oprócz tego kraj jest zamieszkany w większości przez Indian, jest najbardziej niedostępny w całej Ameryce południowej i jednocześnie najbiedniejszy.
Miasto, od samego początku sprawiło na nas inne wrażenie niż się spodziewaliśmy. Centrum przypomina bardziej Europę niż AP. Biurowce, banki, sklepy i centrum, które swoją drogą jest rozkopane, w którym w miejscu wyburzonych budynków powstają nowoczesne wieżowce, a przez większość miasta ciągnie się niekończący się targ. Ostatniego dnia ulica została zamknięta pod targ, co nas nieco zdezorientowało i można powiedzieć, że zgubiliśmy się na co najmniej pół godziny.

Od La Paz

Od La Paz

Od La Paz

Odwiedzamy między innymi "targ czarownic" , którym się niestety rozczarowaliśmy. Spodziewaliśmy się mistycznego klimatu, tajemniczości i magii, a targ był raczej nastawiony na turystykę i panie oferujące swoje towary czarownic z pewnością nie przypominały.

Od La Paz

Miłą niespodzianką natomiast było jedzenie na "mercado central". W nowym budynku na kilku piętrach niezliczone budki-stołówki. Oferujące przepyszne domowe obiady w rewelacyjnej cenie. Dla przykładu za nasz przysmak"completo" czyli "zupę i milaneza de pollo" płaciliśmy 3,20 zł !! Musimy przyznać, że wielką radością są dla nas te kolektywne jadłodajnie. Zawsze się z kimś zagada, wszyscy mówią sobie Smacznego!, taka domowa atmosfera.
Chociaż czuliśmy się raczej bezpiecznie, podarowaliśmy sobie wieczorne spacery po mieście. Mieszkaliśmy przy więzieniu, pod którym codziennie stała kolejka kobiet czekających na widzenie.
Jedyna przeszkoda to wysokość, która bezustannie  dawała się we znaki. Rzadkie powietrze, płytki oddech, każde podejście w górę to wysiłek i co zaskakujące bardzo częste deja vu, które towarzyszyło nam podczas całego pobytu w stolicy.

Od La Paz

Pogoda od początku przyjazdu nam dopisywała, było ciepło i świeciło słońce.
Ciepło było też tak przez całą drogę do Oruro, którą pokonaliśmy w cztery i pół godziny.
Chociaż zatrzymaliśmy się tylko na noc to odczuliśmy więcej radości i zabawy  niż  w La Paz. Trafiliśmy mianowicie na przygotowania do karnawału (4-6 marca) a w tym: parady, orkiestry, tancerzy.

Od Oruro

Od Oruro

Była niedziela, poszliśmy więc na targ.  Było super! Pełno ludzi, przeróżnych przysmaków, lotereria i wzgórze na którym zbudowali gigantyczną zjeżdżalnie, z której to dzieciaki i co odważniejsi dorośli, na kawałkach tektury, ześlizgiwali się na dół.

Od Oruro

Od Oruro

Następnego dnia z miłymi wspomnieniami, wybawieni, spakowaliśmy motor i wyjechaliśmy w kierunku Sucre. Od początku planowaliśmy, że pojedziemy drogą  "nr 6", bezpośrednio prowadzącą do miasta. Z krajowej jedynki skręciliśmy na Huanuni a tam zonk! Koniec drogi, przejazdu nie ma! Droga wiodła obok kopalni, która się właśnie rozbudowuje, wszystko rozkopane i trasa jest nie przejezdna.

Od Boliwia w drodze
Od Boliwia w drodze


Wielka szkoda ale nic nie poradzimy, musimy zawracać i kierować się na Potosi. Mimo tego, że zrobiła się 13 trzymaliśmy się planu dojechania do Sucre, przed nami 530 km pięknej, asfaltowej drogi. Jechaliśmy, przez pustkowia, a takiego wiatru nie mieliśmy od początku naszej podróży. Przez część trasy musieliśmy jechać na nożnym hamulcu aby podmuch wiatru nie przewrócił motocykla. I chociaż każdy mijający tir czy autobus to przygoda, daliśmy sobie radę:D  Zaczęło się robić coraz cieplej i na naszych twarzach pojawiły się uśmiechy. Plan wykonany! Po siedmiu godzinach dojechaliśmy do Sucre.  Sucre znane jest z tego, że wszystkie budynki w centrum i śródmieściu są pomalowane na biało. Co najfajniejsze to wcale nie jest to nudne, nadaje to miastu schludności, odbierając może przy tym temperamentu. Wszystkie hostele schludne i eleganckie co przy tak atrakcyjnych cenach to wręcz niebywałe.
Osobiście  polecamy "Hostal Libertad" w którym dostaliśmy pokój z niesamowitym widokiem na "Plaza San Francisko", lodówkę i własny przedpokój.

Od Sucre

Nasze ulubione miejsce czyli "mercado central" (targ główny) było czynne do późna wieczorem.

Od Sucre

Od Sucre

Od Sucre

Na ulicach bezpiecznie i pomimo późnych godzin nocnych pełno ludzi. Wyposażeni w turystyczny plan miasta zwiedziliśmy całe centrum.

Od Sucre

Sucre to klimatyczne miejsce w którym wypoczęliśmy, a słońce naładowało nasze baterie. Nie udało nam się jedynie zrobić planowanego przeglądu motocykla przed wycieczką na salar, brakuje tutaj serwisów ale liczymy, że uda nam się to zrobić w Potosi, do którego właśnie pojechaliśmy.  


W drodze do Boliwii

La Paz
Boliwia w drodze

Oruro
Sucre

2 komentarze:

InnaM pisze...

Niesamowicie ciekawa relacja z podróży! Będę zaglądać :) Pozdrawiam serdecznie!

wartaczos pisze...

DZIĘKUJEMY!
Zapraszamy częściej.
Życzymy wytrwałości.
Pozdrawiamy,
drwartacz