sobota, 11 grudnia 2010

Kostaryka w pigułce.

Pierwszą noc w Kostaryce spędziliśmy nad Pacyfikiem w hotelu na Playa del Coco. Miasteczko typowo turystyczne, ceny europejskie, pogody brak i ogólnie byliśmy spóźnieni o 1 dzień.
Więc z samego rana wyruszyliśmy do San Pedro. San Pedro to niegdyś oddzielne miasto, a obecnie jedna z 7 dzielnic San Jose (stolicy Kostaryki).
Przy wjeździe do miasta przywitał nas tzw. korek, a wraz z nim spaliny i ogromny hałas. Po kilku tygodniach spędzonych w niewielkich miejscowościach i blisko łona natury, takie nagłe spotkanie z cywilizacją nieźle nas przestraszyło. Czuliśmy się nieswojo, zahukani i onieśmieleni tą całą sytuacją. Mieliśmy nawet myśl aby zostawić motor u mechanika, a noc spędzić poza miastem. Jedyne co nas powstrzymało to umówiony nocleg u Gersona z CouchSurfingu. I dobrze zrobiliśmy, że zostaliśmy,  bo to był świetny czas!
Ale po kolei:
Gerson odebrał nas spod umówionego miejsca o 19. Wieczorek zapoznawczy w studenckiej dzielnicy do 1 w nocy, a następnego dnia o 6,30 pobudka i godzinę później cały dom Gersona, a w nim: Gerson, jego siostra i jej chłopak wyruszyli do pracy, a my wraz z nimi.
Przez cały dzień mieliśmy czas na zwiedzanie San Jose.
Co można robić w mieście przez 12 godzin? Szwędaliśmy się od jednego do drugiego końca, odwiedziliśmy słynny targ wewnątrz budynku, kilka placów i parków oraz Zoo. Ale tego ostatniego nie polecamy. Nie tego się spodziewaliśmy po stolicy Kostaryki, kraju pełnego parków narodowych i raju dla biologów.
Po powrocie do domu byliśmy skonani i od razu zasneliśmy.
Całe szczęście następnego dnia była sobota. Wszyscy zjedliśmy tradycyjne, kostarykańskie śniadanie czyli Gallo pinto, a w nim jajecznica, ryż z czerwoną fasolą, a do picia lokalna kawa. U zaprzyjaźnionego mechanika zostawiliśmy motor aby wymienił olej, zębatki i łańcuch.
A my w tym czasie poszliśmy z Gersonem i jego koleżanką Margaritą na wrotkowisko (w Polsce o tej porze szalelibyśmy pewnie na łyżwach). Po łącznie 8 wywrotkach i 2,5 godzinnej jeździe przy której bawiliśmy się jak dzieci zadzwonił mechanik z dobrą wiadomością, że możemy odebrać motor.
W domu pizza, Cuba Libre i nauka salsy. Wieczorem impreza, później druga, a noc zakończyliśmy w awangardowym klubie gejowskim w czerwonej dzielnicy San Jose.
W niedzielę nie pospaliśmy również za długo z racji tego, że wszyscy byliśmy proszeni na rodzinny obiad do babci Gersona. W drodze do Valle del Orosi poznaliśmy mamę i jego młodszą siostrę.
Babcia mieszka w malowniczej wiosce w górach. Ma 83 lata i jest pełna energii.

Od Z wizytą u babci

Zaraz po przybyciu wujek zabrał nas na wycieczkę po ich własnej plantacji kawy. Pokazał jak się zbiera i uprawia kawę, banany oraz  tropikalne warzywa. Dowiedzieliśmy się między inny jak bardzo jest to fizycznie wyczerpująca praca, a za 30 kilogramowy worek kawy otrzymuje się 5 U$D.

Od Z wizytą u babci

Podczas naszej nieobecności Babcia przygotowała przepyszny domowy obiad. Na deser lokalne słodkości i specjalnie parzona kawa. Mikołaj był i u nas bo Rafałowi tak posmakowały lokalnie wypiekane ciasteczka, że młodsze kuzynki kupiły mu całą paczkę!

Od Z wizytą u babci
Jako, że czas przedświąteczny, cała rodzina dekorowała dom w świąteczne ozdoby. A my w tym czasie ucięliśmy sobie krótką drzemkę na trawie.

Od Z wizytą u babci
Sympatyczne spotkanie zakończyliśmy rodzinnym spacerem po okolicy.
Dziękujemy Garson za wspaniały czas, który na długo pozostanie w naszej pamięci!
Nazajutrz z rana spakowani siadamy na motor, a tu klapa, cyk..cyk... , nie pali. Akumulator rozładowany na Amen. Na ratunek przyjechał znajomy Itzel (siostry G.) z którego pomocą awaryjnie odpaliliśmy maszynę. Niestety akumulator do wymiany.

Ruszyliśmy przed siebie.Po 4 godzinach przyjemnej drogi pełnej zakrętów i wzniesień dojechaliśmy do czarnej stolicy Kostaryki, Puerto Viejo nad Morzem Karaibskim. Wszechobecna muzyka reggae, dready i pełno amatorów marihuany z USA, tak można najkrócej scharakteryzować to miejsce.

Od Puerto Viejo

Spędziliśmy pod namiotem dwie noce na campingu Rocking J's (darmowe organiczne banany) jednak deszcz  nie przestawał padać. Na Karaibach bez słońca nie ma co robić więc jako następny cel obraliśmy sobie Bocas del Toro w Panamie.


Playa del Coco

San Jose

5 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Jak na Karaibach pada - to nie ma co robić potwierdzamy znad książki do nauki hiszpańskiego :)

Dos Limones, co siedzą na Dominikanie, gdzie pada co dzień :)

PS. gratulujemy wysuszenia sprzętu :)

mazakowy pisze...

Coś się za bardzo obijacie z tymi wpisami na blogu. Już 19 grudnia, dajcie pooglądać jakieś fotki. A z ciekowści, jakie obiektywy wzieliscie do tego canona?

Kylo pisze...

My już w Polsce.
Pozdrawiamy :)!!!!

(Mam nadzieje, że się odezwiecie w wigilię)

Anonimowy pisze...

raz dwa trzy tutaj anonimowo bojara życzenia świąteczne śle ;) dla dr wartaczOSÓW :D

"Feliz Navidad, Feliz Navidad,
directamente desde el fondo de mi corazón,
querida calma Feliz Navidad"...

Buziaki gorące 3mam za Was kciuki! Świąteczne pozdro ;)

Kojka pisze...

Moi Drodzy! Wesołych świąt (gdziekolwiek je spędzacie) oraz wszelkiej pomyślności na dalsze podróżowanie!!!. Co tak kiepsko piszecie??? Chyba każdy jest spragniony nowości!A więc weźcie się do roboty ;-). Moc buziaków i życzeń świąteczno-noworocznych przesyła rodzinka Jurkiewiczów.

P.S. A zaglądacie na pocztę? Dziumba zajrzyj proszę!