sobota, 19 marca 2011

Argentyna - przystanek Europa.


Na argentyńskiej granicy uświadomiliśmy sobie, że nasza podróż po Ameryce dobiega końca i musimy sprzedać motocykl. Z jednej strony trochę szkoda z drugiej zaś to przecież nie koniec naszej podróży. Argentyna to kraj, w którym większość podróżników podobnych do nas rozpoczyna lub kończy swoje wojaże po Ameryce.
Od Argentyna w drodze

Od Argentyna w drodze

Celnicy doskonale zdają sobie z tego sprawę i szczegółowo wypytywali nas o motocykl. A dokładnie o to gdzie pojedziemy dalej i co stanie się z naszą maszyną. Długo przyglądali się meksykańskim dokumentom. Nieraz już odsyłali nas z papierami do komendanta tak i w tym przypadku nie było inaczej. Główno dowodzący był wyraźnie zaniepokojony tym, że będziemy chcieli sprzedać BMW w Argentynie. Widząc jego obawy, stanowczo zaprzeczaliśmy i zapewniliśmy, że wyjedziemy z motorem do Brazylii, bo stąd mamy samolot. Początkowo chyba nam nie dowierzał. Chciał wydać nam pozwolenie tylko na 7 dni ale widząc oburzenie Doroty przystał na 21 dniach. Całe szczęście, na więcej nam nie trzeba. Reszta odprawy przeszła sprawnie i po 2 godzinach spędzonych na granicy pojechaliśmy dalej.
Na pierwszej stacji benzynowej miła niesopodzianka. Cafeteria: kawa z ekspresu, WiFi, możliwość płatności kartą, jednym słowem Europa!
Po szybkiej kawce z medialunami(półksiężyce-francuskie rogaliki) ruszyliśmy w drogę. Po około 3 godzinach drogi wśród ogromnych kaktusów i malowniczych górskich widoków dojechaliśmy do Purmamarca.

Od Purmamarca

Od Argentyna w drodze

Od Argentyna w drodze
Miasteczko, ze względu na niesamowite pejzaże, ma turystyczny charakter (dużo hoteli i restauracji). Zatrzymaliśmy się na nowopowstałym kempingu (10zł/2os) z wymarzonym widokiem na góry, zwanymi Górami Siedmiu Kolorów.

Od Purmamarca

Miejsce niesamowite, chciałoby się zostać tutaj na dłużej, jednak Argentyna jest ogromna i ma wiele miejsc wartych zobaczenia.
Po domowym śniadaniu wyjechaliśmy w kierunku Salty. Od dawna nie mieliśmy takiej radochy z podróży, ponieważ po raz pierwszy od tysięcy kilometrów otaczała nas zieleń! W pewnym momencie droga się zwężyła, stała się kręta, musieliśmy zwolnić, co dało nam okazje do nasycenia się widokiem i zapachem. Czuliśmy się jak w Polsce, w wakacje, zupełnie jakbyśmy jechali na rowerze w Krasnym (pojezierze łęczyńsko-włodawskie).

Od Argentyna w drodze

Jesteśmy w porze argentyńskiego lata, jest więc gorąco, wręcz upalnie. Po wjechaniu do miasta termometry wskazywały temperaturę 35 stopni w cieniu. A tu jeszcze trzeba jakiś nocleg znaleźć. Bardzo zależało nam na pokoju z internetem aby nadrobić zaległości blogowe. Chociaż opcji na nocleg dużo, wyjątkowo długo nam zeszło na znalezieniu czegoś odpowiedniego. Przykra prawda: to definitywny koniec taniej Ameryki. Mimo tego, że Argentyna jest tańsza od Chile i ceny można by przyrównać do polskich, to trudno nam się z tym pogodzić.
Salta to duże, ładne miasto.

Od Salta

Od Salta
Od Salta

Spędziliśmy tu dwa dni. Jedno co z Salty .będziemy pamiętać na pewno. Nasz pierwszy "beef a chorizo"! Czyli przepyszny półkrwisty stek wołowy, gruby na 6 centymetrów, o wadze 750 gram. Poezja  smaku, inaczej nie można tego opisać. Argentyna słusznie słynie ze świetnej jakości mięsa i dobrego  wina. Żyć nie umierać!

Jako następny cel  upatrzyliśmy sobie Cordobę, drugie pod względem wielkości miasto Argentyny. Jedyny minus to odległośc, 800 kilometrów przez płaskie, pozbawione roślinności tereny, nawet pagórka nie ma po drodze, gorąco niczym w piekle.Postanowiliśmy przejechać Tucuman i na noc zatrzymać się w miejscowości Rio Hondo, słynącej z naturalnie gorących źródeł. Bez problemu znaleźliśmy kemping z gorącymi basenami w cenie. Miejscowość w stylu Hajduszoboszlo, tylko dla lokalnych turystów. Rewelacji nie ma ale można podpatrzeć jak wypoczywają Argentyńczycy. Przy każdym stanowisku namiotowym obowiązkowy, murowany grill tzw. parilla. Z ciekawostek możemy podać, że Argentyńczycy spożywają najwięcej mięsa  na osobę na  świecie. Chociaż strasznie gorąco i możliwość, nieograniczonego basenowego relaksu, trzeba jechać dalej. Pakowaliśmy się wyjątkowo leniwie i wyjechaliśmy dopiero po południu.
Mieliśmy do przejechania około 500 kilometrów przez  tzw. Afrykę Argentyny w okolicach Salinas Ambargasta. Mocno świeciło Słońce, żar lał się z nieba, nie było niczego po za szosą i wypaloną trawą. Przejechaliśmy 250 kilometrów, czyli byliśmy po środku niczego, kiedy poczuliśmy że nasz nogi są mokre. Po chwili silnik sam zgasł. Zatrzymujemy się, Co jest?! Z rury wydechowej dymi się na całego, silnik paruje, smród. A pod motorem plama oleju. O nie!...! Chyba spaliliśmy silnik! Nie możliwe, przecież wentylator cały czas był włączony, coś nie tak. Odczekujemy 5 minut. Przekręcamy kluczyk, wciskamy starter, kręci ale odpalić nie chce. To koniec, chyba umarł. Dalej już nim nie pojedziemy!

Od Tucuman

Chwilę stoimy tak w ciszy. Kiedy nagle zatrzymuje się motocyklista jadący z naprzeciwka. Pyta co się stało? Pokrótce opowiadamy i pokazujemy plamę oleju na asfalcie. Kręci głową. Musimy zadzwonić po lawetę. Wyciąga telefon ale po środku niczego, zasięgu brak. Ma jednak pomysł, że zabierze Dorotę do najbliższego miasteczka-Loreto i wezwą pomoc. Doradza jednocześnie abyśmy wrócili do Tucuman, gdzie jest serwis BMW, on zna ludzi, mechaników i nam pomoże. Ok. Jedyna opcja. Trochę strach ale alternatywy brak. Dorota odjeżdża z Carlosem (nowopoznanym mężczyzną). Carlos ma tam znajomego, może on nam pomoże. Rafał zostaje pilnować bagażu i motocykla. Temperatura powyżej 40 stopni i nic do picia, słabo. Na miejscu po bezskutecznym poszukiwaniu kierowcy do Tucuman, zjawia się kolega. Oferuje pomoc. Musimy tylko zapłacić za benzynę i ewentualnie za przysługę dla kierowcy, bo on akurat nie może z nami pojechać. Dorota żegna się z Carlosem, który obiecuje zadzwonić wieczorem gdy znajdzie dla nas transport.
Po trzech godzinach Dotka wraca w pickupie. Razem z kierowcą sprawnie wrzucamy 200 kilogramowe BMW na pakę i jedziemy do Loreto.

Od Argentyna w drodze

Do Tucuman jest jakieś 200km. Niestety samochodem dalej nie pojedziemy. Brakuje mu przeglądów, ubezpieczenia itp. Dodatkowo najgorszy okres, właśnie jest karnawał i wszyscy mają wolne jeszcze przez 2 dni.  Zostawiamy więc motocykl w fabryce mebli u przyjaciela C. i szukamy nowego transportu do Tucuman. Na noc zatrzymujemy się w jedynym hostelu. Pod wieczór proszą nas do recepcji, telefon. Dzwoni Carlos ma dla opcję. Sęk w tym, że drogo. Musimy. to przemyśleć. Wypytujemy w miasteczku ludzi ale nikt nie chce jechać i do tego te święta, nie ma szans. Trudno nie możemy czekać z założonymi rękami. Zgadzamy się na propozycję Carlosa. Obiecuje, że na drugi dzień popołudniu przyjedzie po naszą trójkę. Zjawia się z pomocnikiem, znowu pakujemy motor na pakę.

Od Argentyna w drodze

My również jedziemy z tyłu, bo w środku nie ma miejsca.

Od Argentyna w drodze

W Tucuman pytamy o kemping, nie ma. Ale możemy zatrzymać się u niego w domu na noc, a później zobaczymy. Super, dobry człowiek. Jak się okazało Carlos jest Żydem z polskimi korzeniami. Wygląda jak brat bliźniak Roberta de Niro.Jego dziadek był Polakiem, który uciekł z Warszawskiego Getta do Argentyny. Mieszka z  sympatyczną żoną Ami z Izraela oraz dwójką dzieci: cztrenastoletnią Mayą, dziewięcioletnim synkiem Andrew i przeuroczą suczką Coco. Wszyscy przywitali nas ciepło i serdecznie. Tego dnia poznaliśmy również jego najbliższych przyjaciół. Z ciekawostek można napisać, że wszyscy mają przodków z Polski. :)
Na drugi dzień zawieźliśmy motocykl do mechanika. Wieści niestety nie były najlepsze. Spalona część od układu elektrycznego jest niedostępna w serwisie, trzeba sprowadzić z Niemiec co potrwa około 2 tygodni, a całkowity koszt naprawy to 1300U$D. Niedobrze. Postanawiamy, że sprzedamy uszkodzony motocykl w Tucuman. Obniżamy zakładaną cenę i proponujemy zakup mechanikowi. Początkowo godzi się na zakup jednak pod wieczór po konsultacji ze swoim prawnikiem, rezygnuje z kupna. Problemem są nasze meksykańskie dokumenty na motocykl. Wszyscy się ich obawiają, ponieważ obecna pani prezydent Cristina Fernández de Kirchner zablokowała cały import i są poważne przeszkody uniemożliwiające legalną rejestrację sprowadzonych pojazdów. Wielka lipa. Jesteśmy w kropce! Sprzedać nie będzie łatwo. Carlos wydzwania po swoich znajomych ale żadnych konkretów.
Dni mijały, my już na dobre zadomowiliśmy się w ogrodzie, do którego przeprowadziliśmy się po 2 nocach. Nie chcieliśmy siedzieć im tak na głowach. I tak nadwyrężaliśmy ich gościnności, w zasadzie nie ruszaliśmy się z domu (dobrze nam było tak się polenić), a do tego karmili nas wybornie. Ami jest świetną kucharką. Sprawnie potrafi łączyć kuchnie wschodu i zachodu, codziennie odbywaliśmy więc kulinarne podróże. Dzieciaki zaczęły traktować nas jak członków rodziny, graliśmy z nimi na PlayStation. Ogólnie super rodzinka.

Od Tafi del Valle

Dwa razy pojechaliśmy wspólnie na wycieczkę. Byliśmy w muzeum botanicznym, nad Jeziorem Śmierci (nazwa pochodzi od tego, że podczas rewolucji ciała zabitych powstańców wrzucano do tego jeziora), byliśmy na tamie oraz  na przejażdżce po dolinie Tafi del Valle.

Od Tucuman

Samo miasto Tucuman liczy sobie 738 000 mieszkańców, jest miastem przemysłowym z dużą ilością fabryk na obrzeżach. Jednak życie tutaj upływa w atmosferze rodzinnej, wszyscy są dla siebie mili.

Od Tucuman

Bardzo sympatyczne ulice, dużo lodziarni i brak pośpiechu ;)

Od Tucuman

W międzyczasie  pojawiło się kilku kupców na motor, jedni byli poważni, drudzy mniej ale żaden nie sięgnął do portfela. Ciągle czekaliśmy na jakąś konkretną ofertę. Kolejne dni mijały, a my utknęliśmy w martwym punkcie. Carlos cały czas powtarzał, że możemy zostać ile chcemy, jednak nam zależało na czasie. Do wylotu z Rio pozostało nam mniej niż 3 tygodnie, a my ciągle mamy uszkodzony motor, bez oferty kupna za zadowalającą nas kwotę. Spuściliśmy z ceny. Jeden z potencjalnych kupców , mieszkaniec Buenos Aires ciągle się wahał, oddalał cały czas termin swojego przyjazdu.  Carlosa tak go to wkurzyło, że sam postanowił od nas odkupić BMW. Podjęliśmy decyzję. Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Motor SPRZEDANY !

Od Tucuman

W poniedziałek załatwiliśmy sprawę u notariusza (motocykla nie można będzie zarejestrować przez 5 lat!) i kupiliśmy pierwszy bilet autobusowy do Buenos Aires. Tak zakończył się rozdział motocyklowy naszej podróży. Przejechaliśmy na nim 18.782 km.

Argentyna w drodze
Purmamarca
Salta
Tucuman
Tafi del Valle

2 komentarze:

Anonimowy pisze...

Witajcie! Pozdrówcie Buenos i na zaś Rio. Pytanie brzmi: odszukacie ślady Gombrowicza? No bo chyba wypada. P.s. Dziś Lublin przywitała piękna wiosenna pogoda. Do temperatur letnich jeszcze daleko ale weekend może- chyba -na pewno, na Pojezierzu Łęczyńsko Włodawskim. Całuski od wszystkich Naszych.GRA

Dotka pisze...

Witamy!
Czytasz w naszych myślach bo dzisiaj właśnie idziemy na poszukiwania polskiej bohemy :)
Pozdrów od nas Krasne!
Całuski dla wszystkich Naszych! Słońca i prawdziwej pięknej wiosny życzymy.