poniedziałek, 7 marca 2011

Tam gdzie kończy się droga, a zaczyna się prawdziwa Boliwia.

W Potosi zatrzymaliśmy się blisko centrum w typowo backpacerskim hostelu, za czym nie przepadamy. Zazwyczaj w takim miejscach brakuje klimatu. Plan był jeden, zrobić zaległy przegląd motocykla przed wycieczką na południe. Niestety zjeździliśmy całe miasto i tylko jeden mechanik miał w miarę wolne terminy. Zadowoleni umówiliśmy się na za 3 godziny i w tym czasie zwiedziliśmy centrum Potosi.

Od Potosi

Pełno wąskich uliczek i kościołów. A że, karnawał tuż, tuż po ulicach biegało mnóstwo roześmianych dzieciaków z balonami wypełnionymi wodą. Co chwila ktoś z przechodniów został obrzucony a i nam nie raz się dostało :)
O umówionej godzinie zajechaliśmy do mechanika, niestety stwierdził, że ma jeszcze kupę roboty i nie da rady. W rzeczyswistości domyślamy się, że nie miał pojęcia o BMW i nie chciał niczego zepsuć. Na odchodne usłyszeliśmy, że we Uyuni na pewno znajdziemy dobrych mechaników  -  zobaczymy...
Niepocieszeni wróciliśmy do naszego hostelu, przed samym snem usłyszeliśmy głośne pukanie do drzwi. Było już dosyć późno, co jest !? Otwieramy i naszym oczom okazało się dwóch rosłych mężczyzn. To nasi znajomi Hiszpanie których mieliśmy przyjemność poznać na drodze w Kolumbii, a później mijaliśmy się w Ekwadorze i Peru. Podróżują z Kanady do Argentyny na Hondzie i KTMie.  Jeżdżą na potężnych maszynach, silniki to 1000cc.
Miła niespodzianka, że nocują w tym samym miejscu! Rano zjedliśmy wspólnie śniadanie i rozmawialiśmy o przyszłych planach, trasach. My od dawna nie możemy się doczekać salaru. Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w stronę Uyuni.
Droga początkowo asfaltowa, myśleliśmy, że pójdzie sprawnie jednak jak się później okazało w większości był szutr, piach i przebudowy. Na szczęście cały trud wynagradzały nam piękne widoki.

Od Salar de Uyuni

Około czterdzieści kilometrów przed Ujuni znowu pojawił się asfalt. Super! Korzystamy z okazji, przyspieszamy i O!Oo!!
Z motocykla wycieka jakaś ciecz. Kontrolka temperatury świeci się na czerwono, a kilometr dalej zaczyna dymić się z silnika. Niedobrze.
Zjeżdżamy do robotników przy drodze. Wszyscy zainteresowani co się wydarzyło, po chwili przychodzi mechanik i oświadcza, że to chłodnica. Dalej nie pojedziemy.

Od Salar de Uyuni

Mechanik ogląda motor, a my w tym czasie zauważamy jak przejeżdża jeden z naszych znajomych z Hiszpanii.  Z krzykiem wybiegamy na drogę. Poskutkowało, zatrzymał się. W skrócie opowiadamy co się stało. Tutaj nic nie poradzi, umawiamy się w Uyuni, że tam obejrzy dokładnie nasz motor. Robotnicy doradadzają nam żeby jak tylko zaświeci się kontrolka zgasić silnik i poczekać aż ostygnie. Nie ma innego wyjścia, jedziemy dalej.
Co kilometr, dwa zaświeca się czerwona lampka i słyszymy jak gotuje się płyn w chłodnicy. Gasimy więc silnik. Tam gdzie z górki jedziemy w miarę możliwości na luzie. W pozostałych przypadkach czekamy pięć minut i w drogę. Kilometr, dwa sytuacja się powtarza. Beznadzieja! Przejeżdżamy może dwadzieścia kilometrów w godzinę. Nie ma jazdy. Obawiamy się, że w tym tempie nie zdążymy przed zmrokiem. Dojeżdżamy do kolejnego wzniesienia a tam niespodzianka! Czekają na nas nasi Hiszpanie. Okazało się, że jeden z nich jest mechanikiem motocyklowym :) Nono...  w takim towarzystwie nie zginiemy! Chwila później i nasz motor już jest rozkręcony. Pierwsza diagnoza była najgorsza z możliwych. Spalona  elektryka, dlatego wentylator nie pracuje. Bez szans na naprawę. No to ładnie. Próbują coś na szybko naprawić, sprawdzają bezpieczniki, przewody bez szans! Ale jest wyjcie awaryjne - podłączą wentylator na krótko pod akumulator. Dla nas ok, wszystko abyśmy mogli dalej jechać. Pierwsza próba i nic, druga próba i działa. Sukces ale po wyjęciu kluczyka ze stacyjki motor nie gaśnie. Hmm... coś nie tak. Kolejne pół godziny grzebania i wentylator podpięty na krótko. Patent wydaje się być prosty, wystarczy po zgaszeniu silnika odłączyć kabelki idące z wiatraka :) Ważne, że dojedziemy do Uyuni gdzie obiecują przyjżeć się temu bliżej.

Od Salar de Uyuni

Na miejscu spotykamy się na kolację, zjadamy pierwszą w życiu grillowaną lamę i trzeba przyznać, że smakuje! Po jedzeniu odwiedziliśmy agencję turystyczną i kolejne tego dnia złe wieści. Podobno przed salarem tyle wody, że nie ma szans na jazdę na motorze :(

Od Salar de Uyuni

Jak to? Przecież po to tu przyjechaliśmy! Trzy motocykle podjęły ostatnio tą próbę i wylądowały u mechanika. Sól w chłodnicy i silniku. Motocykle czekają na naprawę  w warsztacie u mechanika który będzie dopiero za dwa tygodnie. Niedobrze. Hiszpanie wykupują wycieczkę jeepem, wolą nie ryzykować. My jednak nie dowierzamy i nie możemy się z tym pogodzić! Wstrzymujemy się z zakupem wycieczki czekamy aż wrócą nasi kompani i zdadzą nam relacje. Póki co najważniejsze aby naprawić nam wentylator. Było już po 22 kiedy wzięli się za naprawę. Pierwsze diagnozy identyczne jak poprzednie, spalona elektryka, bez szans! Doradzają aby jak najszybciej sprzedać nasze BMW. Zrobiło się dosyć przykro. Nie dajmy jednak za wygraną. Musi być jakieś wyjście. Po trzech godzinach pojawiła się iskierka nadziei. To nie elektryka tylko jedna część nie przewodzi prądu. Sęk w tym, że do kupienia jest tylko w oryginalnym serwisie! Było już naprawdę późno. Chłopaki stwierdzili, że dokończą naprawę z samego rana, a przez noc na pewno coś wymyślą. Usypaimy z nadzieją, na lepsze jutro.
 Następnego dnia  jest opcja naprawy! Kupują przełącznik jak w lampce elektrycznej. Póki co będziemy musieli sami włączać i wyłączać wentylator. Nie ma sprawy aby działało. I działa! Wentylator pracuje, silnik się nie przegrzewa. Prawdziwi fachowcy!!! Chłopaki wyjeżdżają na wycieczkę na salar a my robimy potrzebne zakupy na podróż przez boliwijski park "REA" który prowadzi aż do Chile. Z informacji jakie zebraliśmy musimy mieć 10 litrów wody, dodatkowo tyle samo benzyny, jedzenie na minimum trzy dni i niezbędne części do motocykla. Z baniakmi na płyny nie było problemu. Zakupy spożywcze ograniczyliśmy na kilku puszkach, zupkach i słodyczach. Gorzej z częściami. Co tu dokupić? Skoro wszystko może się zepsuć? Postanawiamy dokupić klucz francuski. W razie gdybyśmy złapali gumę, przynajmniej sami zmienimy koło.
Na kolację spotykamy się z Hiszpanami w pizzerii. Wieści nie najlepsze, potwierdzają, że wody przed wjazdem na salar tyle, że to śmierć na miejscu dla motoru. Wielka szkoda ale będziemy musieli wykupić wycieczkę w agencji. Wieczór spędzamy sympatycznie, żegnamy się po raz kolejny i smacznie zasypiamy.
Rano, wykupiliśmy wycieczkę, przy okazji dogadując możliwość wysłania jeepem jednej torby aby trochę odciążyć motor przed podróżą do Chile. Po jedenastej wyjechaliśmy na długo wyczekiwany SALAR!
Jak wrażenia? Cmentarzysko kolei ok,
Od Salar de Uyuni
mijane po drodze pueblo ok

Od Salar de Uyuni
ale krótko: salar. Salar jest niesamowity!

Od Salar de Uyuni


Od Salar de Uyuni
Od Salar de Uyuni

Od Salar de Uyuni

Najpiękniejsze miejsce jakie w życiu widzieliśmy! Dodatkowo tafla wody, która jest o tej porze roku robi niesamowite wrażenie. Jedyny minus: to czas jaki na nim spędziliśmy, nie wiele więcej niż dwie godziny, bo kierowca i ludzie chcieli już jechać właśnie wtedy kiedy nam zaczęły wychodzić zaplanowane zdjęcia. Szkoda bo dla nas jeden dzień na salarze to pewnie byłoby za mało ;D Postanawiamy, że wrócimy tu jeszcze w porze suchej. Sami, bez agencji. A najlepiej z noclegiem pod namiotem. Z agencji pod żadnym pozorem już na pewno nie skorzystamy!
Na drugi dzień z samego rana sprzedaliśmy agencji naszą torbę (za 50 bs - 20zł) z niepotrzebnymi ubraniami i komputerem. Po odbiór umówiliśmy się za trzy dni przy granicy w Boliwi (Laguna Verde)  i sami zapakowani z podłączonym po raz pierwszy  podczas naszej podróży GPSem wyjechaliśmy po przygodę życia. Wstępnie planowaliśmy, że podróż zajmie nam 3-4 dni. Droga będzie szutrowa, spanie pod namiotem, piękne widoki, zdjęcia i mnóstwo emocji. A dokładnie było tak...
Pierwsze kilometry z Uyuni to tarka, wytelepało nam wszystkie części ciała. Przejechaliśmy przez niewielkie pueblo San Crsitobal i dojechaliśmy do Villa Alota gdzie z trudem dokupiliśmy 4 litry benzyny aby mieć jak największy zapas. Planowaliśmy "ostatni" raz zjeść coś ciepłego, jednak bez szans. W jedynych dwóch jadłodajniach przygotowują posiłki wyłącznie dla zorganizowanych wycieczek ("w: turów). Trudno.
Zaczęło padać a my musimy jechać dalej. Na drodze zaczęły się tworzyć kałuże do tego wiatr i zimno spowodowane przez zwiększającą się wysokość. Jechało się coraz ciężej. Po kilku godzinach dojechaliśmy do skrętu na laguny. Wyglądało na to, że droga to nic innego niż gruzowisko z kamieni. Początkowo niedowierzamy, ale odczyt z GPSu był jasny. Rozpoczął się prawdziwy hardcore, po kilku kilomtrech stajemy. Pomimo włączonego wentylatora, zagotował się płyn w chłodnicy! Z sinika parowało i zaczął się wydobywać bardzo nieprzyjemny zapach. Szczerze mówić przez chwilę myśleliśmy nawet,  że zajechaliśmy silnik. Na szczęście w pobliżu zauważyliśmy usypane wiatrochrony, idealne pod namiot. Zbliżała się burza, widzieliśmy błyskawice i co chwila grzmiało. Dalej nie pojedziemy. Rozbijamy namiot i nocujemy.
Od Reserva Edwarda Avaroa

W nocy spodziewaliśmy się mrozów. Ubrani we wszystko co mamy nie wiedząc czego się spodziewać.
Żyjemy. Wcześnie rano pobudka, szron na motorze i namiocie. Tak zimno, że jeść się nie chce. Ciekawe co z motorem. Próba odpalenia i lipa. Kolejne tylko osłabiają akumulator. Wysokość 4300 m n.p.m robi swoje. Do tego minusowa temperatura w nocy. Bez szans na powodzenie. Postanawiamy odpalić z pychu zjeżdżając z górki. I tu zaczęły się schody. Motocykl musieliśmy wepchać pod górkę, co nie było proste. Koła zakopywały się w  ziemi. Przez godzinę przepchaliśmy motor może około 30 metrów. Przed samym wzniesieniem pomimo wielu prób nie dawaliśmy rady. Ręce nam opadły. Trudno, nie ma opcji. Czas na wyjście awaryjne. Schowaliśmy nasze bagaże pod kamieniami i wyruszyliśmy pieszo do najbliższego miasteczka szukać pomocy. Przeszliśmy może 200 metrów, kiedy szczęśliwie nadjechał jeep z grupą francuskich turystów. Hurra! Zatrzymujemy samochód i prosimy o pomoc aby odpalić na kable. Kierowca szybko montuje przewody i po kilku minutach odpalamy motocykl.

Od Reserva Edwarda Avaroa
Radość na twarzach wszystkich! Jeep odjeżdża, a my nawet przy pakowaniu nie gasimy silnika :)
Drugi dzień drogi to jednak prawdziwie wyzwanie. Nie liczyliśmy ile razy zaliczyliśmy glebę. Wywracaliśmy, się na szczęście nie groźnie na żwirze, piachu, kamieniach itp. Trudno powiedzieć, która nawierzchnia była najgorsza. Jak było ciężko? Było cholernie ciężko! Ale widoki, które po drodze podziwialiśmy zdecydowanie były warte tego wysiłku. Nieziemskie krajobrazy Laguny Hedionda i Canany to wystarczająca dla nas nagroda.

Od Reserva Edwarda Avaroa

Od Reserva Edwarda Avaroa

Od początku uciekaliśmy przed burzą.
Od Reserva Edwarda Avaroa
Nad Laguną Khota zaczął padać deszcz, który nad Laguną Honda przerodził się w grad.

Od Reserva Edwarda Avaroa

Jechało się coraz trudniej. Mało co widzieliśmy ale jechać trzeba. Co jakiś czas mijały nas jeepy z grupami turystów których wyrazy twarzy pozostawimy bez komentarza. W okolicach "Arbol de Piedra" pogoda znacznie się poprawiła.
Od Reserva Edwarda Avaroa

Od Reserva Edwarda Avaroa

Oprócz tego, że od jakiegoś czasu już nie padało wreszcie wyszło słońce! Szczęśliwi dojechaliśmy do granic parku REA - "Reserva Eduardo Avaroa". Zatrzymaliśmy się przy budynkach gdzie nocują turyści z turów. Mokre ubrania to zły początek no kolejną noc w namiocie przy minusowych temperaturach. Wykupiliśmy więc nocleg i kolację w jednej z trzech kwater. Pokój niczego sobie: tektura w miejscu brakujących szyb, bez kontaktów z grzybem na suficie. Ale za to dodatkowe pięć wolnych  łóżek, które w takich sytuacjach świetnie się sprawdzają jako suszarki na przemoczone rzeczy.

Od Reserva Edwarda Avaroa

Po ciepłej kolacji czas na odpoczynek. Niestety w nocy i tak było zimno. Zdecydowanie zimniej niż noc wcześniej w namiocie. Motocykl przenocował w kuchni. Liczyliśmy na to, że unikniemy przygód z  problemami przy odpalaniu. Niestety, rano i tak nie zagadał :/ Musieliśmy prosić o pomoc kierowców. Tym razem krótka reanimacja na krótko i silnik odpalił!

Od Reserva Edwarda Avaroa
Szczęśliwi poszliśmy zwiedzać przepiękną Lagunę Colorado. Zdecydowanie jest to nasz numer JEDEN wśród lagun. Robi niesamowite wrażenie, a jej położenie i kolory zapierają dech w piersiach.
Laguna Kolorowa w całej swojej okazałości:
Od Reserva Edwarda Avaroa

Od Reserva Edwarda Avaroa

Od Reserva Edwarda Avaroa

Od Reserva Edwarda Avaroa

Trzeci dzień był najbogatszy w krajobrazy a i droga była najlżejsza. Jeszcze dwa dni wcześniej groźne żwiry, piachy i kamienie już takie straszne nie były. Wprawy się nabrało, a pogoda dopisywała. Zaliczyliśmy najwyższe wzniesienie 4935 m n.p.m.
Od Reserva Edwarda Avaroa


Podziwialiśmy "Geiser Sol de Mańana"
Od Reserva Edwarda Avaroa
i chociaż było wczesne południe postanowiliśmy się zatrzymać na noc przy "Aguas Termales". To był świetny wybór. Woda o temperaturze 35 stopni idealnie rozgrzała nasze przemarznięte kości i ciała. Nie wychodziliśmy z wody przez ponad cztery godziny. Relaks w pełni. Ostatnią godzinę towarzyszyła nam rodzina Angielsko-Chilijska która po naszej rekomendacji również postanowiła zatrzymać się tu na noc. Zjedliśmy kolację w restauracji obok której rozbiliśmy namiot. Pomimo niskiej jak na te warunki kwoty (30bs-12zł) porcje nie do przejedzenia! Pracownik obiecał nam, że na noc będziemy mogli wstawić motor aby nie zamarzł. Jednak na nic się zdały próby odpalenia pod wieczór. Na szczęście, od nowo zapoznanej rodziny oprócz zaproszenia na śniadanie do ich kampera, dostaliśmy obietnicę pomocy przy porannym odpaleniu motocykla.

Od Reserva Edwarda Avaroa

W nocy trochę zmarzliśmy, minusową temperaturę spotęgowała bliskość wody.

Od Reserva Edwarda Avaroa

Za to wyborne grzanki na śniadanie z kubkiem gorącej kawy szybko przywróciły nam krążenie. Do tego przesympatyczna konwersacja, której wydawać by się mogło nie byłoby końca gdyby nie goniący nas wszystkich czas . Skracając historię poznanej rodziny: Mama jest odważną Angielką, która w młodości samotnie przejechała całą Europę i część Afryki na BMW 600. Pamięta większość przygód ze swojej ekscytującej podróży, chociaż było to na początku lat 70' ubiegłego wieku :) Później wyszła za Chilijczyka, z którym ma cztery córki, Przez całe życie mieszkali właściwie na wszystkich kontynentach. A ponieważ jeszcze przyszły zięć z którym obecnie podróżują na imię ma Edward do łez się śmiała słysząc, że tak nazywa się nasz buldog :D

Od Reserva Edwarda Avaroa

Na koniec tej historii dodamy, że z ciekawostek dowiedzieliśmy się, że nie mona przewozić do Chile produktów spożywczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego. Co jest tym bardziej idiotyczne, że muszą zawsze oddawać lub wyrzucać jedzenie, które im zostało z podróży chociaż  zakupili je jeszcze przed wyjazdem w Chile.
Czwarty dzień drogi, to krajobrazy jak na księżycu, żal nam wyjeżdżać z parku ale dojeżdżamy do końca. Odwiedzamy jeszcze Lagunę Verde. Co za kolory!
Poniżej Laguna Zielona:
Od Reserva Edwarda Avaroa
Laguna Biała:
Od Reserva Edwarda Avaroa

Dojeżdżamy do budek strażników parku, pytamy o przesłany w Uyuni przez agencję bagaż i co? Ni widu, ni słychu, nikt nic nie wie.
Jak to? Przecież powinien być dzień wcześniej?! Odsyłają nas do pobliskiej noclegowni innej agencji, wypytujemy, tam też głucho. Upss...
Widocznie spędzimy jeszcze jedną noc w parku. Tym razem nie planowaną bo nastawieni byliśmy na wizytę w Chile. Chile poczeka ale co z bagażem? Tysiąc myśli, ukradli, zgubili, a może zapomnieli? Jednak tutaj nie ma ani telefonu, a tym bardziej internetu. Jedyna możliwość komunikacji to radio! Transmisja jest dwa razy dziennie o 14.00 i 18.00. Zaniepokojeni strażnicy obiecują pomoc i o 14.00 nadają komunikat do Uyuni aby sprawdzili w agencji co stało się z bagażem. Cała akcja próby łączności jest niesamowicie groteskowa ale do śmiechu nam nie było. O 18.00 mamy dostać odpowiedź. Czekamy zniecierpliwieni. W między czasie spadł śnieg, więc dobrze, że nie musimy spać w namiocie. Wybiła 18.00 i jest odpowiedź! Na drugi dzień między 10.00 a 10.30 przyjedzie torba. Uff... Całe szczęście. Pod wieczór spacerujemy ostatni raz w okolicach stróżówki podziwiając te marsjańskie krajobrazy. Wróciły nam humory i nawet cieszymy się, że spędzimy już piątą noc w parku.
Rano już od 9.00 wysiadujemy ze strażnikami wyglądając właściwego jeepa. Godzina 10.00 cisza, 10.30 bez zmian, strażnicy przestali żartować i niepokojąco kręcą głowami. Godzina 11.30, 12.00 bez zmian po naszej torbie ani śladu. Ubrań nam nie szkoda ale tam jest przecież komputer i wszystkie zdjęcia! Szkoda! Komendant doradza abyśmy wrócili do Uyuni i poszli do agencji i na policję, tyle, że my motorem już wracać nie mamy siły, a ostatni jeep z granicy już dawno odjechał. Jeszcze jedna noc? Na pustkowiu, bezsilnie czekając? To nie w naszym stylu...
Przeszliśmy do noclegowni innej agencji w poszukiwaniu transportu. Trzy jeepy na krzyż. Cisza, głucho. Nikogo nie ma. Nagle wykrzykują do na dwie dziewczyny. Podchodzimy i zagadujemy. Okazało się, że to Brazylijki pozostawione przez agencje same sobie :) . Chwila rozmowy i już wyciągają nas na wycieczkę na wulkan obok. Twierdzą, że jak wyjdziemy o 1.00 w nocy to na rano wrócimy. Pomysł niezły, jednak my bez jedzenia, a głowę zaprząta nam myśl o torbach, sami nie wiemy... i w tym momencie pojawił się kierowca jednego z jeepów. Zagadujemy czy do Uyuni jedzie.
Tak-odpowiada. A czy wolny? Potwierdza. To ŚWIETNIE! I my pojedziemy! Koszt wysoki bo 40U$D ale to nie ważne, aby kwitek nam wystawił, to do agencji z tym pójdziemy. Bierzemy jeszcze rachunek za nocleg z hostelu, natomiast wszystkie, pozostałe bagaże i motocykl chowamy w biurze u strażników i tak jak stoimy ubrani wyruszamy zrobić rewolucję!
Po siedmiu godzinach drogi która zajęła nam na motocyklu cztery dni, dojeżdżamy. Zmęczeni, głodni ale na tyle nabuzowani, że od razu udajemy się do feralnego biura. Tam bez pukania robimy awanturę, gdzie bagaż? Dlaczego nie w Laguna Verde? Że jutro ma być, muszą nam zwrócić za noclegi i przejazd a i tak pójdziemy na policję.
Od początku nie usłyszeliśmy przepraszam itp.. a wręcz przeciwnie właściciel był oburzony, że torba ciężka i nie miał dla niej miejsca na jeepie. Jakiś horror. Już późno. Wracamy do hostelu "Wara del Salar" w którym nocowaliśmy przed wyjazdem. Jak zwykle przesympatyczny właściciel wita nas ze zdziwieniem. Opowiadamy naszą przygodę, Pociesza nas, że policja nam pomoże. Że i bagaż się znajdzie i agencja wszystkie koszty zwróci. Zobaczymy.
Z samego rana zachodzimy do biura policji turystycznej. Na spokojnie tłumaczymy młodemu policjantowi całe zdarzenie, który od razu postanawia z nami odwiedzić agencję. Na miejscu rozmowa szybko przeradza się w krzyk! Każdy ma swoje racje. Odgrażamy się, że będziemy przez tydzień stać pod biurem i odradzać wszystkim potencjalnym turystom ich usługi. Szczęśliwie staje jednak na tym, że torba ma być na 17.00. Musimy wierzyć. Idziemy szukać samochodów na powrót i tu nie miła niespodzianka. Cena powrotu to 80U$D, ponieważ jest obowiązkowy nocleg i wyżywienie. O nie! Mowy nie ma! Nie będziemy ponosić kosztów tego transportu. Wracamy na posterunek. Tym razem oprócz policjanta jest jeszcze policjantka. Po raz kolejny opowiadamy o naszych perypetiach i w tym czasie zjawia się z właściciel agencji. Propozycja jest następująca. Agencja zwróci nam połowę naszych dotychczasowych kosztów ale za godzinę, bezpłatnie zabierze nas jeep jadący z powrotem do Laguna Verde gdzie po drodze zwrócą nam torbę. Hmm... Aż nie chce się wierzyć! Zbyt piękne, żeby było prawdziwe. Chcemy tego na piśmie. Sporządzamy notatkę w aktach policyjnych. Właściciel agencji pisemnie, poświadcza nam, iż w przypadku zgubienia torby wypłaci nam 10.000U$D. Śmiać nam się chce, bo przypuszczamy, że nawet nie ma takiej kwoty więc nic nam z takiego poręczenia. Ale lepsze to niż nic. Po za tym pamiętamy, że jesteśmy w Boliwii, a nie w Europie i tutaj żyje się w zupełnie innych realiach. Idziemy na ugodę. Mija godzina jeepa nie ma. Dostajemy 40bs-16pln na obiad i obietnicę, że jeep będzie po 16.00. Ok. Godzina 17.00 cierpliwie czekamy w ciszy siedząc pod agencją. Po 18 podjeżdża samochód. Właściciel nasz przeprasza. Jedziemy. Torbę dostaniemy po drodze bo jeepy wracają z turów. Może być i tak. Kierowca prosi nas abyśmy wypatrywali bordowej Toyoty, po 50 kilometrach mija nas ów samochód. Niestety nie zatrzymał się :/ Rozpoczyna się wydzwanianie do agencji. Po godzinie kierowca twierdzi, że torbę dostaniemy w nocy. O nie! Na to nie pójdziemy. My chcemy wracać do Uyuni. Kierowca chce jechać dalej. Niemiła rozmowa telefoniczna z właścicielem kończy się krzykiem. Kierowca się śmieje i gwarantuje swoją osobą, że odzyskamy torbę. Musimy mu zaufać więc jedziemy. Jest zbyt późno, żeby nocować i coś zajeść w Viilla de Mar, będziemy jechać przez całą noc! Kierowca kupuje cały woreczek koki i paczkę papierosów. Jedziemy. Po drodze opowiada nam zabawne historie o grupach Japończyków, którzy są delikatni i wiecznie chorują na wycieczkach i o młodych turystach z Izraela, którzy z kolei bez przerwy palą marihuanę i naćpani biegają nago po salarze.To nam urozmaiciło znaną już trasę. Wiemy, że jest wymagająca jednak dla jeepa z napędem na cztery koła trasa powinna być łatwiejsza. A jednak niekoniecznie. Zaraz przed północą łapiemy gumę. Pech to pech! Chociaż ciemno, zimno i późno, pomagamy kierowcy jak tylko możemy.  Wyszukujemy płaskie kamienie, trzeba podnieść jeepa. Kierowca mocuje się z lewarkiem dobre pół godziny aż wreszcie po godzinie wspólnymi siłami udaje nam się wymienić koło. Kolejnego zapasu już nie mamy! Przed 3 nad ranem zajeżdżamy nad dobrze znaną nam Lagunę Colorado. Wszyscy już zmęczeni. Kierowca proponuje abyśmy przespali dwie godziny w noclegowni i o 5.00 rozpoczęli poszukiwanie torby. A co nam innego pozostaje? Tej nocy jednak nie pospaliśmy. Oprócz nerwów mróz nie pozwalał zasnąć. Chociaż położyliśmy się ubrani we wszystko co mamy i przykryliśmy się czterema kocami ciągle telepaliśmy się z zimna. Równo o 5 wyjechaliśmy z bazy i przed 7 byliśmy w Agua Termales. Udało się!!! Tam był jeep z naszą torbą! Trudno nam było to uwierzyć, że to już koniec naszego horroru. Kierowca podwiózł nas do budki strażników.

Od Reserva Edwarda Avaroa

Odebraliśmy nasz motor i pozostałe bagaże i szczęśliwi z Happy Endu ruszyliśmy do Chile.


Potosi
Salar de Uyuni
Reserva Edwarda Avaroa

3 komentarze:

Kojka pisze...

Jakaś masakra! Czytałam z zapartym tchem Wasze perypetie do końca będąc w niepewności czy uda się z tą torbą. Super fabuła, prawie jak w książce :-). Choć kto wie może kiedyś i książkę wydacie?? Z Wami to nigdy nic nie wiadomo. Widoki fantastyczne!

Anonimowy pisze...

Całkowicie niesamowite jest to co robicie! A Stokrotka bacznie się przygląda :) Pozdrawiamy!!!!!!

wartaczos pisze...

Dzięki za komentarze.
Miło się pisze dla takich czytelników !!!

POZDRAWIAMY :D